W szpitalnych rejestracjach dziennikarz TVN 24 wyjaśniał, że ma katar i kaszel. ", wśród pasażerów były osoby u których już potwierdzono obecność wirusa. Około 15 z nich przebywa w szpitalu w Łodzi" - tłumaczył.
W Samodzielnym Szpitalu Klinicznym im. Witolda Orłowskiego . Poradziła autobus albo taksówkę.
W pobliskim . W szpitalu MSWiA przy ulicy Wołoskiej dziennikarz dostał na drogę . Pielęgniarka dała ją, kiedy usłyszała, że chory wybiera się tam autobusem.
Inny "prezent" dziennikarz . "Po konsultacji z lekarzem powiedziała: niech pan zatrzyma ten długopis, bo ja nie chcę już mieć z nim styczności, może być zakażony. Taki żart, ale tragiczny dla osoby, która może być zarażona" - relacjonował.
Ale taki obrót sytuacji w szpitalach nie pozostał bez konsekwencji. Za odesłanie pacjenta . Konsekwencje poniosą także ich dyrektorzy.
"Sprawdzam, czy popełniono błędy. Rejestratorka poszła po lekarza. Kiedy wróciła do pacjenta, już go nie było" - mówi "Gazecie Wyborczej" Leszek Wójtowicz, dyrektor szpitala Czerniakowskiego. Broni się, że tego dnia w szpitalu były dwa ostre dyżury. Lekarze mieli dużo pracy. Zapowiedział, że od kary będzie się odwoływał.