Premier wyjaśnił mi, że dla niego ważne było moje amerykańskie doświadczenie: studia dziennikarskie na Harvardzie, bardzo dobra znajomość angielskiego i niemieckiego.
Pracowaliśmy z mężem, Tomaszem Tomaszewskim, nad dużym materiałem o Polsce dla niemieckiego miesięcznika "Geo". Jechaliśmy samochodem przez piękny las, był zachód
słońca. W wiadomościach powiedziano, że Tadeusz Mazowiecki pytany przez dziennikarzy, kto będzie rzecznikiem rządu, odpowiedział, że na pewno kobieta. Wtedy mój mąż odwrócił się do mnie
i powiedział: "To będziesz ty". Wypluj te słowa - odpowiedziałam, bo w ogóle nie miałam takich ambicji. Wróciłam do Warszawy i nadal pracowałam w "Tygodniku
Solidarność". 12 września powołano rząd, ale rzecznika ciągle nie było. Następnego dnia, kiedy robiłam kolację, zadzwoniła nasza sekretarka Ania z "Tygodnika
Solidarność", wtedy już sekretarka premiera: "Szef wzywa". Wtedy zrozumiałam, że to jednak ja. Poszłam do Tomka. Stwierdził, że musi przy tym być i razem
pojechaliśmy do Urzędu Rady Ministrów.
Pierwszy raz byłam w URM. Wieczór, około dziewiątej. Ciemny, ogromny gmach. Paliło się tylko kilka świateł. Borowiec prowadził nas po wielkich schodach do gabinetu premiera. Mąż został w
sekretariacie. Wszystko trwało 27 minut, wiem, bo Tomek mierzył czas. Premier zaproponował mi stanowisko, a ja zadałam pytanie: - Panie Tadeuszu, ale dlaczego ja? Na co on odpowiedział:
"Pani Małgosiu, ale dlaczego ja?". Właściwie po tym nie było już dalszej dyskusji.
Do dzisiaj nie jesteśmy. Nigdy tego nie chciałam, bo to dla mnie postać ojcowska. A znaliśmy się od 1981 roku, a więc z okresu pierwszego "Tygodnika Solidarność".
Mieliśmy z Tomkiem jechać do Ameryki, aby przygotować książkę, na którą dostaliśmy pieniądze. Powiedziałam premierowi, że jest tu mój mąż i musimy go poprosić o pozwolenie. Pan
Tadeusz znał Tomka. Mąż wszedł i premier zapytał, czy się zgadza. A Tomek: "Czy ja się mogę nie zgodzić, panie premierze? Ale teraz poproszę papierosa". Pierwszego od
ośmiu miesięcy, kiedy, ku mojej radości, rzucił palenie. I wtedy znowu zaczął. Poprosiłam pana Tadeusza, by dał mi weekend dla rodziny i ogłosił nominację w poniedziałek. Zgodził się,
po czym w piątek, następnego dnia, zadzwoniono z URM, że jest kilka pilnych nominacji i że to jednak odbędzie się dzisiaj.
To był poniedziałek i od razu wielogodzinne posiedzenie rządu. Natomiast pierwszą konferencję miałam po tygodniu. Chciałam mieć trochę czasu, aby wejść w nową rolę. To była spontaniczna
praca, uczenie się nie w marszu, tylko w sprincie. W biurze prasowym mieliśmy kilka zdezelowanych maszyn, stacjonarne telefony i rządówki do połączeń wewnętrznych. Ale dostawałam mnóstwo
listów z zachętą i ofertami pomocy z wielu miejsc świata, również od rzecznika Białego Domu. To było ogromnie miłe, choć oczywiście symboliczne.
Musiałam się przestawić o 180 stopni - z dziennikarki, która starała się być dociekliwa, na osobę, która reprezentuje rząd. Trudno uwierzyć, ale w tamtym czasie politycy nie chcieli
chodzić do mediów. Pracowali w zaciszu gabinetów i odmawiali kontaktów z dziennikarzami. Wielokrotnie prosiłam, żeby urządzali własne konferencje, zapraszałam na moje. Wyczucie medialne
miał jedynie Jacek Kuroń, ale - i tego mu zazdrościłam - on mówił zawsze jako Jacek. Cudowny, ciepły człowiek. Natomiast ja musiałam przedstawiać stanowisko rządu, bronić tego, co
robiliśmy. A robiliśmy rzeczy nowe, skomplikowane, później nawet takie, które powodowały agresję. Reforma Balcerowicza była szokiem. Trzeba było zatem tłumaczyć jej sens.
Nie. Zostałam wrzucona na głęboką wodę. To mało powiedziane - do Rowu Mariańskiego! Pan premier - co ma swoje plusy i minusy - dał mi całkowitą wolność. Gdy raz lub dwa przyszłam
poprosić o jego zdanie, pytałam, jak mam coś interpretować, pan Tadeusz odpowiadał, że zrobię to lepiej, a on ma tyle spraw na głowie. No to dawałam spokój. Musiałam sama sobie radzić z
wojną na górze czy z protestami chłopów pod Mławą.
Wtedy prawie nikt nie chciał brać stanowisk. Było mnóstwo miejsc do obsadzenia. Pamiętam polowanie z nagonką na szefa Radiokomitetu. Pan premier proponował to stanowisku iluś osobom, wreszcie
bohatersko zgodził się Andrzej Drawicz. Powiedział: "Tadeusz, jak nie masz nikogo, to ja wezmę. Ale nie mam w domu nawet telewizora i nie znam się na telewizji". Ja
prowadziłam rozmowy w sprawie rządowej "Rzeczpospolitej". Nikt jej nie chciał, aż wreszcie zgodził się Darek Fikus. Pamiętam dwugodzinną rozmowę w moim gabinecie z Jackiem
Snopkiewiczem, do którego apelowałam, żeby wziął "Dziennik Telewizyjny" i zrobił program informacyjny. Jacek się do tego nie palił, a nawet nie chciał. Zgodził się pod
warunkiem, że nigdy nie będę się wtrącać.
Pierwsza wizyta, która odbyła się w Watykanie, a nie w Moskwie. Tam dostaliśmy błogosławieństwo dla rządu i wsparcie duchowe. Natomiast w wielkim napięciu lecieliśmy 23 listopada do Moskwy.
W Polsce stacjonowały jeszcze wojska radzieckie. W planach były rozmowy o budowie rurociągu jamalskiego, rozliczenia za węgiel, który w PRL eksportowano nieomal za darmo, a w ZSRR twierdzo, że
to my jesteśmy im coś winni. Także Katyń, polscy księża oraz szkoły dla Polonii - sprawy ogromnej wagi, przez 45 lat nieporuszane. A tu dzień przed wylotem młodzież spaliła pomnik Lenina w
Nowej Hucie. Wiedzieliśmy, że w Moskwie nikt nam nie uwierzy, że to nie była prowokacja. Przecież nie mogliśmy bronić pałkami i armatkami wodnymi Lenina przed polską młodzieżą. Horror.
Poprosiłam Snopkiewiewicza, żeby dał informację, że pomnik płonie, ale nie pokazywał tego na zdjęciach, bo Rosjanie, do których jedziemy, odbiorą to jako policzek. Specjalnie, by zobaczyć
wiadomości, premier przerwał posiedzenie rządu i oczywiście pierwszym materiałem był płonący Lenin.
Gdy przylecieliśmy do Moskwy, nie było powitania na lotnisku, bo oficjalne przewidywano je dopiero na Kremlu. Jacek Ambroziak, szef URM-u, który tam był od trzech dni, powiedział, że Rosjanie
chcą, żebyśmy następnego dnia złożyli kwiaty pod mauzoleum Lenina. Od tego mieliśmy zacząć wizytę, a w podtekście była jednoznaczna sugestia, że od tego gestu "dobrej
woli" czy "przeprosin" zależy ich stanowisko w negocjacjach. Pojechaliśmy do hotelu, wiedzieliśmy, że jesteśmy podsłuchiwani. Premier prosi najbliższych
współpracowników do swojego apartamentu i w milczeniu, pisząc na kartkach swoje opinie, odbywa się dyskusja, czy położyć te kwiaty, czy nie. Głosy rozkładały się po równo, między
pragmatykami a tymi, którzy uważali, że liczą się symbole. Przez 45 lat wszystko zaczynało się od gestu wierno-poddańczego i my, żeby nie wiadomo co miało się zdarzyć, nie możemy
złożyć tych kwiatów. Premier czytał kartki i na końcu powiedział: "Nie kładziemy". Złożyliśmy za to wiązanki na grobach poległych żołnierzy.
Najważniejsze jednak było spotkanie z pierwszym sekretarzem KC KPZR Michaiłem Gorbaczowem. To była długa, dobra rozmowa. Dopiero po niej premier rozkwitł, bo okazało się, że idziemy do przodu. Wcześniej wiedzieliśmy tylko, że jedziemy w paszczy lwa, do samego centrum imperium.
To się właśnie zaczęło tego wieczoru, a my tańczyliśmy wtedy w Moskwie w restauracji Praha. Andrzej Drawicz zabrał nas w nocy na Arbat.
I strasznie zimno. Na końcu ulicy znajdowała się Praha. Weszliśmy do środka, aby się napić herbaty i okazało się, że odbywają się tam cztery wesela. Wszystko zajęte, choć to budynek
kilkupiętrowy. W końcu Andrzej powiedział im, że wśród nas jest premier z Polski. I wtedy wygospodarowali nam trochę miejsca na stolik na środku parkietu przed orkiestrą. Sytuacja zupełnie
jak z czeskiej komedii. Orkiestra nad naszymi głowami zaczęła grać, weselnicy ruszyli do tańca. Ja uwielbiam tańczyć, kilku kolegów, jak się okazało też. Ruszyłam w tany z Jurkiem
Osiatyńskim, potem z Jackiem, a gdy zagrano tango "La Cumparsitę", pan premier poprosił mnie do tańca. Tańczył, jak mi powiedział, po raz pierwszy od wielu lat. Był wdowcem
i samotnie wychowywał trzech synów. Później już wszyscy się bawiliśmy. W delegacji byłam jedna i dziesięciu panów. Prosili więc do tańca Rosjanki.
9 listopada przyleciała do Polski delegacja z Niemiec z kanclerzem Helmutem Kohlem. To były urodziny mojej córki, a ja nie miałam dla niej nawet chwili i było mi bardzo przykro. Podczas
uroczystej kolacji w Pałacu Namiestnikowskim zorientowałam się, że coś się dzieje. W takiej sytuacji powinno się siedzieć, nawet jak ktoś ma kłopoty, stara się wytrzymać. A tu ciągle
ktoś podchodzi do Kohla. Za którymś razem zapytałam jego rzecznika: co się dzieje? "Rozbijają mur" - odpowiedział. Więc ja na karcie menu napisałam premierowi: mur
berliński pada. Premier spojrzał na mnie zdumiony i zaczął rozmawiać z kanclerzem. Kolacja szybko się skończyła i w nocy Niemcy poprosili, czy mogą przerwać wizytę i wrócić za dzień,
dwa. Premier oczywiście się zgodził. To nas zbliżyło z ekipą Kohla.
Najbliższa przy premierze grupa znała się świetnie, z innymi, Leszkiem Balcerowiczem, Izą Cywińską czy ministrem spraw zagranicznych Krzysztofem Skubiszewskim błyskawicznie nawiązaliśmy
kontakt. Cała część solidarnościowa, poza prof. Skubiszewskim, do którego zwracaliśmy się per panie profesorze, była z jednego pokolenia. Wszyscy przeszliśmy na "ty".
Cały rząd pracował bez ambicjonalnych przepychanek. Wiedzieliśmy, że mamy do wykonania ważne zadanie. Posiedzenia gabinetu trwały od 15.00 przez osiem, dziesięć godzin, więc w przerwie
jedliśmy kolację i piliśmy dużo, dużo kawy, żeby to przetrwać. Paliło się papierosy na sali, więc było czarno.
Dobre, byliśmy przecież w jednym rządzie. Oczywiście nie było mowy o zaprzyjaźnianiu się. Natomiast obaj generałowie byli niezwykle szarmanccy, a także zachowywali się specyficznie, po
wojskowemu, wobec pana premiera. Generał Kiszczak, jeśli pan premier do niego dzwonił, mówił zawsze: melduję się panie premierze.
Podczas posiedzeń rządu, siedząc wobec siebie po przekątnej, czasami porozumiewawczo wymieniałyśmy spojrzenia. Zaprzyjaźniłyśmy się, byłyśmy solidarne. Premier jest człowiekiem starej
daty w dobrym tego słowa znaczeniu. Bardzo dżentelmeński, ale nieśmiały w stosunku do kobiet.
To prawda, ale jest bardzo rodziny, dlatego synowie chcąc go zobaczyć, odwiedzali go w URM, jedli razem obiad lub po prostu z nim byli. Także my, Jacek Ambroziak, Waldek Kuczyński, Olek Hall, ja
i Henio Woźniakowski, spędzaliśmy w gabinecie premiera wiele czasu. Siadaliśmy przy niewielkim stoliczku, jeśli odbywała się jakaś istotna rozmowa telefoniczna, premier nierzadko
przełączał na mikrofon.
Bardzo trudną, skomplikowaną sprawą okazało się znalezienie miejsca dla Lecha Wałęsy. Był konstruktorem nowego układu, ale nie chciał zasiąść w Sejmie. Nie chciał zostać też
premierem. Sam wycofał się do Gdańska. Może uważał, że stamtąd będzie kierował z tylnego siedzenia? Ale Tadeusz Mazowiecki od razu powiedział, że nie będzie malowanym premierem.
Oznaczało to, że będzie niezależny. To on wziął na siebie wielką odpowiedzialność i sam musiał ją ponieść. I powstał problem kontaktu z Wałęsą. Nie konflikt, ale pewne napięcie. Ja
też miałam problem. Przewodniczący Związku robił konferencje w czwartek, moje odbywały się przeważnie w piątek i Lech Wałęsa zawsze podrzucał mi coś, na co musiałam odpowiadać.
Oczywiście z pełnym szacunkiem i wielką admiracją dla przywódcy "Solidarności". Próbowałam nie wchodzić z nim w zwarcie, ale to było dosyć trudne, bo on tego chciał jako
człowiek natury bojowej. A ja, choć też bojowniczka, musiałam w sobie tłumić emocje. Napięcie narastało, aż została skrócona kadencja prezydenta, Lech postanowił kandydować. Zaczęły
się naciski na premiera, żeby też kandydował. Nie chciał. Wiele osób go namawiało. Przez wiele miesięcy premier się wahał i bardzo to przeżywał. Zdecydował się późno, podczas gdy Lech
Wałęsa od wielu miesięcy już prowadził kampanię.
Nie. Odseparowałam sprawy rządu. Zapowiedziałam mediom, że nie odpowiadam na żadne pytania związane z kampanią, bo to nie moja sprawa. Wiadome było, że Tadeusz Mazowiecki był
najpoważniejszym kontrkandydatem Lecha Wałęsy, więc też wszyscy, łącznie z Lechem, w niego bili. Było to o tyle łatwe, że jako jedyny spośród nich sprawował wtedy wysoką funkcję, a
jeszcze firmował trudne choć niezbędne reformy. Poszła na niego i na cały rząd lawina agresji. A ludzie wówczas nie mieli żadnego dystansu do słowa, wierzyli we wszystko. I dlatego zdarzyło
się, co się zdarzyło. Zresztą w moje urodziny, 25 listopada.
Stałam koło premiera. Słupki ukazały się w telewizji.
Straszliwe uderzenie. To była najbardziej niesprawiedliwa rzecz, jaka mogła się wydarzyć.
Ogromnie to przeżył, poczuł się zraniony. Liczył się z tym, że może przegrać z Lechem Wałęsą, ale nie z Tymińskim. Spędziliśmy ten wieczór z panem premierem po to, żeby być z nim.
Następnego dnia przyszłam do pracy wcześniej, o dziewiątej rano. Zapytałam, czy jest premier, i ku mojemu zdumieniu usłyszałam, że jest. Weszłam do niego. Byliśmy sami przez dłuższy czas,
ponieważ nikt nie dzwonił, nikt nie przychodził. Bliscy go nie opuścili, ale po tej długiej nocy myśleli, że odpoczywa. Zadzwonił za to Lech Wałęsa. Pan Tadeusz nacisnął na interkom,
żebym słyszała.
Zachował się, jakby nic się nie stało. No, panie Tadeuszu, jedziemy dalej. Będziemy teraz ze sobą współpracować. Ja będę prezydentem, pan będzie premierem. A pan Tadeusz odmówił. Po
takiej kampanii nie był w stanie, nie potrafił i nie chciał współpracować z Wałęsą. Uznał też, że dostał wotum nieufności i tego samego popołudnia złożył dymisję rządu. Jestem
szczęśliwa, że z upływem czasu Polacy coraz bardziej doceniają, to co udało nam się zrobić, a także styl, i nie waham się powiedzieć, głęboką ideowość naszego rządu, dla którego
kryterium głównym i decydującym było dobro Polski.
Cieszę się z uchwały i całości rzeczywiście hucznych obchodów. Pan premier z właściwą sobie delikatnością, wiedząc o moim nie najlepszym stanie zdrowia, tym razem nie zaangażował mnie
w przygotowania. 10 lat temu organizowaliśmy obchody we dwójkę z Waldkiem Kuczyńskim, dzięki czemu mogłam oszczędzić siły na uczestnictwo. I jestem ogromnie poruszona. Wczorajszy dzień był
podniosły, dał wielką satysfakcję nam wszystkim i wspaniale uhonorował premiera Mazowieckiego.
p
, prawnik, dziennikarka, autorka książek. W 1981 roku reporterka "Tygodnika Solidarność". Po jego delegalizacji publikowała w takich pismach, jak "Stern", "Paris Match" i "La Repubblica". Stypendystka Harvardu, podczas pobytu w USA pracowała dla "National Geographic". Jej książka o polskich Żydach "OSTATNI", ze zdjęciami Tomasza Tomaszewskiego, została wydana w Ameryce, a następnie w kilku krajach Europy. W latach 1989-1990 rzecznik prasowy rządu Tadeusza Mazowieckiego. W latach 1993-1999 prezes fundacji Animals. W 2001 roku wydała "Księgę Dziesięciolecia Polski Niepodległej 1989-1999", wspólne dzieło ponad siedmiuset autorów, fotografów, grafików, które zostało przekazane w darze wyższym uczelniom i szkołom.