Krystyna Kurczab-Redlich w mocno krytyczny sposób przedstawia polityczną karierę Władimira Putina. Nie kryje swojego negatywnego stosunku do przywódcy Rosji. Stawia go w gronie najpotężniejszych ludzi świata, ale jednocześnie pisze o nim: „cyniczny, bezwzględny, do celu dążący po trupach”. Opisując kolejne etapy życia, zarysowuje portret psychologiczny Władimira Putina, tłumacząc niejako ten sposób przed czytelnikami wybory i decyzje, dzięki którym niedoszły sportowiec, zdolny szpieg KGB i sprytny polityk najpierw stanął na szczytach władzy, a potem zdołał się na nich utrzymać.

Jak zwraca uwagę autorka książki, na charakter Putina szczególny wpływ miało jego trudne dzieciństwo. Co znamienne, sam prezydent Rosji niechętnie opowiada o pierwszych latach swego życia i niechętnie zagłębia się w szczegóły, ale co znacznie ważniejsze – zdaniem Kurczab-Redlich świadomie w tym miejscu mija się z prawdą.

„Początek życia prezydenta wyglądał zupełnie inaczej niż w oficjalnej biografii: nie ten ojciec, nie ta matka, nie to miejsce urodzenia, nie ta data” – czytamy. Bo oficjalnie Władimir Putin przyszedł na świat w Leningradzie, czyli dzisiejszym Petersburgu, 7 października 1952 roku, jako drugie dziecko Marii i Władimira Putinów. Tymczasem to nie w Leningradzie, a w małej wiosce w Gruzji należy szukać prawdziwej matki rosyjskiego prezydenta – wynika z ustaleń dziennikarzy, na które powołuje się autorka.

„Tak, jestem matką Wołodii” – wyznała w gruzinskiej gazecie „Alija” pomarszczona staruszka Wiera Nikołajewna z domu Putin mieszkająca w małej wiosce Metechi. Jak wynikało ze śledztwa reporterów, synek Wiery, Wołodia, który przyjechał do Metechi jako mały chłopiec i mieszkał wraz z matką i ojczymem, Grigorijem Osiepaszwilim, a potem tajemniczo zniknął, to Władimir Władimirowicz Putin.

„Nie wiedziałam, że ma na imię Władimir. Wołało się na niego Wowa. Wszyscy go znali pod tym imieniem” – opowiadała Dari Gziriszwili, sąsiadka rodziny. „Było mi go żal, oni żyli bardzo biednie. Zawsze dawałam mu jabłka, gruszki, winogrona, bo myśmy mieli winnicę. On brał wszystko. Zwykle czekał na mnie w tym samym miejscu, niedaleko ich bramy, wiedział, że zawsze coś dla niego schowałam (…). Nieraz razem się bawiliśmy. Smutny był taki” – wspominała.

W Metechi wciąż żyją ludzie, którzy pamiętają małego Wowę. „O tu, pod tym domem, gdzie mieszkał, często kucał, opierał się o ścianę i milczał. Taki biedny chłopczyk (…). Wiera go broniła, ale Gieorgij go bił, bił pasem. No i za kołnierz nie wylewał (…). Raz Wowa był zamknięty w domu, strasznie zmarzł i zaczął krzyczeć, a ściany tu cienkie: »Ciociu Lilo, pomóż! Strasznie mi zimno!«. Smutne to było” – przytacza Kurczab-Redlich wypowiedzi dawnych sąsiadów rodziny Osiepaszwilich.

Według dziennikarskich ustaleń Grigorij Osiepaszwili nie był jednak biologicznym ojcem małego Wowy. Był nim Płaton Priwałow, którego Wiera Nikołajewna Putin poznała, kiedy uczęszczała do Techniku Mechanizacji Rolnictwa w miasteczku Oczer na Uralu. Związek nie przetrwał, bo Wiera odkryła, że Płaton utrzymywał przed nią w tajemnicy fakt, że ma żonę. We wrześniu 1950 roku przyszedł na świat owoc tego niespełnionego związku – mały Wowa. Na marginesie warto dodać, że według oficjalnej biografii Władimir Putin jest dwa lata młodszy i urodził się 7 października 1952 roku.

Gieorgij Osiepaszwili był żołnierzem. Wiera poznała go w Taszkiencie, gdzie wyjechała po zdobyciu tytułu technika elektromechanika. Zrobił na niej duże wrażenie. Zakochana w przystojnym Gruzinie zgodziła się pojechać z nim do jego rodzinnej wsi. Kilkuletniego syna zabrała ze sobą. Tam chłopiec szybko nauczył się słów, które określiły jego status w lokalnej społeczności – „nabiczwari”, „biezrodnyj”, „bękart”.

„W pocerowanych rzeczach chodził (…). Kupowałam mu podręczniki. Im ciężko było. Mówiłam jego matce, że jeśli oddałaby go do adopcji, chętnie wezmę. Bardzo go było żal. Przylgnął do mnie jak kociak” – przytacza Kurczab-Redlich słowa nauczycielki małego Wowy.Bywało, że Goga kijem mu przyłożył i z domu na chłód wygnał, a i na ubranie skąpił, bo u nich się nie przelewało” – wspomina z kolei sąsiad Mamuko i jak dodaje, na ulicy można było usłyszeć, że „przytaszczyła Wierka bękarta, a od kogo – nie pamięta”.

Dzieciństwo Wowy nie można było nazwać spokojnym, zwłaszcza że ojczym w końcu pozbył się chłopaka. Młody Putin miał niecałe 10 lat, kiedy siostra Gieorgija wywiozła go i zostawiła w Tbilisi, w domu pewnego bezdzietnego majora. Wiera Nikołajewna wybłagała u niej adres i po kilku dniach zabrała stamtąd chłopaka. Oboje pojechali do jej rodziny na Ural. Tam miało rozpocząć się jego nowe życie. Wiera Nikołajewna wróciła do Metechi, do dwóch córek oraz męża, który już słał za nią telegramy, domagając się powrotu i grożąc sprowadzeniem siłą, przez milicję.Wowka strasznie płakał, kiedy odchodziłam. Serce mi pękało, ale nawet go nie przytuliłam. Jednak w najstraszniejszym koszmarze nie mogłoby mi się przyśnić, że żegnam się z nim na zawsze” – opowiadała sędziwa kobieta w 2003 roku, w filmie „Putin’s Mama” holenderskiej dokumentalistki Ineke Smits.

Od tego momentu, a dokładnie od chwili, gdy w 1956 roku Władimir Putin trafia do Leningradu, do Władimira Spiridonowicza Putina i jego żony Marii Iwanownej, życiorys nieoficjalny prezydenta Rosji splata się z oficjalnym. Pierwsza fotografia przedstawiająca Wowę z „oficjalną” matką pochodzi z roku 1958. Blondwłosy Wowa bez koszulki w upalny dzień siedzi na jej kolanach.

Władimir Spiridonowicz, o którym wiadomo przede wszystkim to, że w czasie II wojny światowej służył w NKWD? Kurczab-Redlich nazywa go „krewnym rodziny Putinów z Uralu”, zaznaczając, że ustalenie dokładnego pokrewieństwa jest dziś niemożliwe. Dodaje jednak, Putinowie z Leningradu mieli wcześniej dwoje dzieci i ogromną rodzinną tragedię za sobą. Ich pierwszy syn zmarł na początku wojny. Drugiego zabił dyfteryt w czasie trwającej 2,5 roku niemieckiej blokady Leningradu.

Krystyna Kurczab-Redlich nie skupia się jednak wyłącznie na dzieciństwie Władimira Putina. Ten epizod jest tylko punktem wyjścia, który ma uzasadniać skomplikowany charakter rosyjskiego przywódcy i często okazywany brak litości dla politycznych przeciwników. Reporterka rozprawia się z prezydentem Rosji, wytykając mu działania, które u polityka zachodniej demokracji z pewnością nie zostałyby puszczone w niepamięć. To między innymi wojna w Czeczenii, połączona z brutalną pacyfikacją Groznego, to również tajemnicze działania służb specjalnych sprzyjające obecnemu gospodarzowi Kremla. To wreszcie także lista ofiar, jak zaznacza autorka, „których zgon jest łączony z Władimirem Putinem”, a także „zmarłych nienaturalną śmiercią w niejasnych okolicznościach”. Lista niepełna. Niemal 40 osób wymienionych z imienia i nazwiska, wśród których znajdują się szpiedzy, wojskowi, biznesmeni i politycy. Do nich dolicza ofiary działań wojennych i zamachów, do jakich doszło za rządów Putina. W sumie prawie 37 tys. zabitych.

Jak przypomina Krystyna Kurczab-Redlich, w rozmowie z dziennikarzami w 2000 roku prezydent Rosji tak scharakteryzował swoją karierę:

„W gruncie rzeczy moje życie jest bardzo proste, całe jak na dłoni:
Skończyłem szkołę, poszedłem na uniwesytet.
Uniwersytet skończyłem – do KGB.
KGB skończyłem – znowu na uniwersytet.
Z uniwersytetu – do Sobczaka.
Od Sobczaka – do Moskwy, do Kancelarii Prezydenta.
Potem – do Administracji Prezydenta.
Potem – do FSB.
Potem mianowali mnie premierem.
Teraz pełnię obowiązki prezydenta. To wszystko!
– Były chyba jakieś szczegóły? – dopytują dziennikarze.
– No, były…”

„Wowa, Wołodia, Władimir” uchyla rąbka niektórych tajemnic prezydenta Rosji. Trzeba mieć jednak świadomość, że ich szczegóły Putin zachowa dla siebie. Na zawsze.

Krystyna Kurczab-Redlich, „Wowa, Wołodia, Władimir”, W.A.B 2016