Przez najbliższe tygodnie "Dziennik Gazeta Prawna" oraz dziennik.pl będą przyglądać się funkcjonowaniu mediów publicznych oraz pomysłom na ich zreformowanie. O opinię zapytamy tych, którzy z TVP rywalizują, a także tych, którzy nowe prawo tworzą. Zbadamy, jak sprawdzają się modele działania mediów publicznych na świecie, a także pokażemy, co słychać u byłych prezesów TVP. Polecamy!

Sylwia Czubkowska: TVP jest chyba w bardzo poważnym kryzysie. Za kilka dni zamiast programu zobaczymy czarny ekran, bo przecież w referendum za strajkiem opowiedziało się 70 proc. pracowników.

Juliusz Braun, prezes TVP: Nie 70 proc. pracowników, tylko 70 proc. z połowy pracowników, bo frekwencja w ciągnącym się przez miesiąc referendum wyniosła 50 proc. Telewizja Polska w kryzysie nie jest. Ale w bardzo trudnej sytuacji – tak. Strajki, jak wiadomo, przybierają różne formy, ale nie spodziewam się, by ten strajk doprowadził do przerwania emisji. Jestem przekonany, że pracownicy doskonale wiedzą, że w ten sposób zaszkodziliby sami sobie. To nie jest fabryka gwoździ, gdzie można na dzień przerwać produkcję, a potem z powrotem spokojnie wrócić do pracy. Przerwanie kontaktu z odbiorcą jest bardzo trudne do nadrobienia. Większym problemem niż wizja strajku jest ciągłe borykanie się z brakiem wystarczających środków na programy odpowiednio dobrej jakości.

Często oglądając stacje, którymi pan zarządza, jest pan niezadowolony z jakości produktów, jakie oferują?

Od czasu do czasu. Chciałbym, byśmy mogli zmniejszyć liczbę powtórek, a przede wszystkim, byśmy mogli produkować programy, jakich domagają się widzowie, a na które nie mamy pieniędzy. Taki sztandarowy przykład to oczywiście seriale historyczne, które są bardzo kosztowne. BBC albo niemiecka telewizja publiczna na wyprodukowanie jednego odcinka seriali, które stawia się nam za wzór, przeznaczają miliony euro. Bardzo bym chciał, by taki polski serial w niedzielę wieczorem pojawił się w TVP, ale na to nie mamy pieniędzy.

I chcecie je pozyskiwać, zamiast z abonamentu, który wciąż nie jest powszechnie płacony, z nowej opłaty audiowizualnej, która ma być odprowadzana razem z opłatami za prąd przez wszystkie gospodarstwa domowe. Z zapowiedzi resortu kultury i KRRiT wynika, że miałaby ona się pojawić już w przyszłym roku. To naprawdę realny termin?

Mamy już drugą połowę października, a Sejm przecież jeszcze nawet nie rozpoczął pracy nad nową ustawą. Pierwszy optymistyczny termin jej wejścia w życie to 1 stycznia 2015 r.

Jaka powinna być kwota tej opłaty według wyliczeń Telewizji Polskiej?

To nie wysokość opłaty powinna być punktem wyjścia dyskusji, ale jej efekt. Musimy ustalić, czego oczekujemy od TVP. Czy mamy być producentem wspomnianego serialu historycznego, audycji edukacyjnych, czy mamy transmitować ważne wydarzenia kulturalne i społeczne. Czy Teatr Telewizji ma prezentować premiery co tydzień, czy – jak teraz – kilka razy w roku. Nasz obecny budżet zamyka się w granicach 1,4 mld zł. Budżet – nawet nie marzeń, tylko racjonalnych potrzeb – to 2–2,2 mld zł rocznie. Czyli sporo więcej niż dziś, ale wciąż nieporównanie mniej niż budżety stacji publicznych w Niemczech, Wielkiej Brytanii czy we Francji, gdzie to są dziesiątki miliardów. Ale już w oparciu o takie pieniądze możemy robić dobrą telewizję, nie zabiegając o dotacje budżetowe na poszczególne projekty i być aktywnym uczestnikiem życia kulturalnego. Pojawia się oczywiście kolejne pytanie: jaka część tego budżetu powinna być pozyskiwana z reklam? Czyli patrząc z drugiej strony: czy w telewizji publicznej powinno być mniej reklam niż dziś.

Czyli propozycja resortu kultury 10 zł miesięcznie od 13,5 mln gospodarstw domowych byłaby wystarczająca?

Przystępując do obliczeń, trzeba pamiętać, że abonament trafia nie tylko do telewizji publicznej. Dziś ponad połowa środków przeznaczona jest dla radia. Trzeba też zadecydować, czy nadal ponad 2 mln gospodarstw będzie zwolnionych z opłaty. Reasumując: 10 zł to minimum przy założeniu, że reklamy w TVP pozostają na dotychczasowym poziomie. Jestem jednak świadom tego, że oczekiwanie i rynku, i widowni będzie takie, że skoro jest powszechna opłata, to w Telewizji Polskiej powinno być mniej reklam. Gdyby takie ograniczenia wprowadzić, to oczywiście wpływy z tego komercyjnego źródła by spadły. Wtedy 10 zł to za mało. Z naszych wyliczeń wynika, że opłata powinna wynosić kilkanaście złotych miesięcznie. Dodam, że moim zdaniem nie byłoby też dobrze dla funkcjonowania zdrowia ekonomicznego TVP, by całkiem wyeliminować reklamy. Teatr Wielki też sprzedaje bilety, a nie rozdaje ich za darmo, choć jest w większości finansowany z dotacji publicznych. W BBC co prawda nie ma reklam, ale brytyjska telewizja publiczna zarabia dużo na sprzedaży produkcji. W czeskiej telewizji publicznej, zmieniając niedawno zasady finansowania, zostawiono trochę reklam. To po prostu dyscyplinuje stacje, pobudza odpowiedzialne, ekonomiczne myślenie. Ale na pewno nie powinno być tak, jak dziś, że w publicznej telewizji większość budżetu pochodzi z reklam, bo to z kolei wymusza zachowania komercyjne, a nie misyjne, społeczne. Ważne jest jednak właściwe rozumienie misji. „Misja” to nie jest to, co nudne i dużo kosztuje. Zauważmy, że w BBC, finansowanej w całości z abonamentu, show „The Voice of UK”, pierwowzór naszego „Voice of Poland”, to program sztandarowo misyjny. Bez widzów też nie ma misji.

A tych widzów niestety sporo ucieka. W ciągu roku oglądalność TVP spadła o około 10 proc., podobnie zresztą jak i reszty stacji z tzw. Wielkiej Czwórki (Polsat, TVN, TVP 1, TVP 2). Choć przez lata byłam namiętnym telewidzem, właśnie wypowiedziałam umowę na telewizję w kablówce. Po prostu przestałam ją oglądać i podobnie będzie robiło coraz więcej osób, którym wystarcza internet – już teraz bez telewizora obywa się ok. 7–8 proc. Polaków. A mimo to mają płacić opłatę audiowizualną?

Zdajemy sobie doskonale sprawę z tego trendu. Młodzi widzowie coraz mniej czasu spędzają przed ekranem telewizora. Ale przecież w internecie często oglądają treści wyprodukowane przez nadawców telewizyjnych, czasem nawet o tym nie wiedząc. I oczywiście dlatego wchodzimy też do internetu. Tam też już można oglądać kontent wyprodukowany przez nas. Część naszej produkcji, choć wymyka się to statystykom, już ma niezłą oglądalność lub współoglądalność w sieci. Najlepszym tego przykładem był „Test wiedzy o filmie”, kiedy równolegle z programem można było na jego pytania odpowiadać w internecie. I zrobiło tak trzysta kilkadziesiąt tysięcy osób, czyli aż jedna piąta widowni programu siedząca przed odbiornikami telewizyjnymi. Ale internet w wielu przypadkach odbiera stacjom telewizyjnym widzów już w punkcie startu. Mamy w ramówce świetne zagraniczne seriale jak „Homeland”, „Mad Man” czy „Downtown Abbey”, które jednak wcale nie cieszą się wielką widownią. Powód: widzowie – legalnie lub nie – wcześniej obejrzeli je w internecie. Mimo to nie wierzę, że internet całkiem odbierze widownię telewizjom; zmieni ją, ale to wciąż są równoległe media.

Dodatkowo ogromna rzesza widzów ucieka do stacji tematycznych. Mają coraz większy wybór i nie muszą już oglądać tylko TVP, TVN lub Polsatu. Jak o nich walczycie?

Zakładamy własne stacje tematyczne. Dzięki nim mamy już aż 6,5 proc. udziału w rynku. Oczywiście najwięcej widzów spośród nich mają TVP Seriale i TVP Rozrywka, a mniej – realizujące 100 proc. misji – TVP Historia i TVP Kultura, ale i one szybko rosną. W kwietniu rusza nasz kanał dla dzieci TVP ABC. Największa dynamikę ma TVP Historia, której widownia w ciągu roku urosła o 160 proc., choć udział w rynku dopiero co przekroczył 1 pkt proc. Ale jeżeli mają to być inne kanały niż komercyjne i skutecznie z komercyjnymi walczyć, to też muszą być dobrze zasilane. KRRiT wytyka nam, że w TVP Kultura jest za mało premier. I ma rację. Bardzo chcielibyśmy mieć ich więcej, ale na to właśnie potrzeba większego budżetu.