Oprócz wprowadzenia do języka polityczno-potocznego nowego terminu na określenie miejsca popełniania poważnych niedyskrecji – "pędzący królik" – i spłoszenia posłanki Kempy propozycją kolacji, do innych przełomowych wydarzeń nie doszło.

Zmiana kursu

Stracony czas? Jednak nie, i to co najmniej z trzech powodów. Podczas ostatniej rundy przesłuchań miały bowiem miejsce sytuacje i polityczne deklaracje, które przestawiły tory prac komisji. Jakie?

– Ogłoszenie "aktu oskarżenia" wobec Donalda Tuska przez Mariusza Kamińskiego, co dało przedsmak wielkiej kampanii politycznej, jaką przypuści na premiera PiS, jeśliby tylko zdecydował się on kandydować na prezydenta;

– Zaprezentowanie strategii obrony całego ugrupowania rządzącego, przygotowanej starannie przez Zbigniewa Chlebowskiego, dla którego wystąpienie przed komisją było jednocześnie rozpaczliwą próbą przetrwania w polityce;

– Kompromitująco niezręczne zachowanie Mirosława Drzewieckiego usiłującego bolącym gardłem zawalczyć o czas potrzebny na lepsze przygotowanie się do przesłuchania.

Teraz widzom nie pozostaje nic innego jak czekanie na spełnienie kolejnej obietnicy przełomu – i przesłuchanie ozdrowiałego Drzewieckiego (jeśli oczywiście to nie jest angina), zaraz potem szefa klubu PO Grzegorza Schetyny, a na końcu tej shortlisty VIP-ów – samego premiera. Jednak zanim to nastąpi, warto prześledzić konsekwencje trzech wymienionych wyżej zdarzeń.

Tusk na muszce

Wystąpienie Mariusza Kamińskiego nie było właściwie skrojone na miarę komisji śledczej. Nie było też, jak mówił sam były szef CBA, jedynie opisem testu, jaki zadał szefowi rządu. To raczej strzelisty akt oskarżenia, obliczony na prowadzenie kampanii politycznej, z wnioskami idącymi tak daleko, że byłyby nie do obronienia przed żadnym sądem. To jednak Kamińskiemu nie przeszkadzało, gdyż cel przemówienia transmitowanego na żywo przez stacje radiowe i telewizyjne został spełniony: Donald Tusk pierwszy raz pojawił się w mediach w charakterze jednego z bohaterów afery hazardowej – jako autor przecieku ze spotkania z Kamińskim, który ostrzegł kolegów o akcji CBA. Dlaczego Kamiński jeszcze przed kampanią prezydencką odkrywa karty swojego obozu politycznego? Bo Lech Kaczyński decyzję już podjął, a co więcej – właściwie ogłosił. A Tusk? Wciąż się waha i to coraz wyraźniej, można więc było w ten sposób dostarczyć mu argumentów na rzecz salwowania się z pola walki o prezydenturę ucieczką.

Dla dobra ojczyzny

To było główne przesłanie wystąpienia Zbigniewa Chlebowskiego. Wszystko, co robił, było temu celowi podporządkowane, a tylko z powodu pewnej niefrasobliwości politycznej i niestaranności językowej CBA zrobiło aferę z niczego, obciążając zarzutami i niszcząc osobiście człowieka, który marzył jedynie o tym, by hazard przysparzał państwu jak najwięcej grosza. Dlaczego CBA tak się wrednie zachowało? Oczywiście z przyczyn politycznych.

Na temat luk w jego zeznaniach, nieścisłości i kompletnie białych plam napisano już dużo i nie ma sensu wszystkiego tego od początku analizować. Jedno jednak było uderzające: Chlebowski wciąż czuł się reprezentantem całego politycznego środowiska Platformy. Wiedział, że walka z prawdziwymi zarzutami odbędzie się w prokuraturze, jeśli ta zgroma-dzi wystarczający materiał. Przed komisją mówił natomiast do tych wszystkich kolegów polityków, którzy tak jak on posiedli umiejętność racjonalizacji prowadzonych przez siebie niejasnych interesów. Pokazując mechanizm swoich spotkań z Sobiesiakiem, Chlebowski pytał kolegów z Platformy: "No, kto pierwszy rzuci kamieniem?"

Temu samemu celowi służyło rzucanie żarcikami, przyznawanie się z uśmiechem do wspólnej wódki z Sobiesiakiem, emablowanie posłanki Kempy. "Nic się nie stało, koledzy, nic się nie stało" – nucił cichutko przez 11 godzin Chlebowski posłom. Uwierzą?

Nokaut na ministrze

Z odwołanym przesłuchaniem ministra Drzewieckiego sprawa nie jest łatwa. Przy takich temperaturach najzdrowszego człowieka mo- że złapać "uporczywy ból gardła".

Nie ma co zresztą się pastwić nad byłym ministrem sportu, bo ważne jest co innego. Nawet jeśli Drzewiecki trochę się przestraszył i wykorzystał zaziębienie w charakterze wymówki – jest to zrozumiałe z ludzkiego punktu widzenia, choć nie świadczyłoby najlepiej o odwadze cywilnej ministra. Ale przecież w takiej sytuacji, po tylu komisyjnych wpadkach, po głupiej i krańcowo niezręcznej historii z odwoływaniem Kempy i Wassermanna, PO powinna unikać takich błędów. Trzeba było Drzewieckiego, który przecież nie jest nawet zawieszony w prawach członka partii, zaciągnąć przed marsowe oblicza śledczych albo zaprowadzić do lekarza po zwolnienie! A przynajmniej dopilnować formalnych procedur osobistego złożenia usprawiedliwienia przez posła w siedzibie komisji, na ręce jej sekretarza. Nic takiego się nie stało. Drzewieckiego spotkał gdzieś poseł Karpiniuk poprzedniego dnia, wziął od niego papier, na drugi dzień wsunął go w kieszeń przewodniczącemu Sekule – i już. Załatwione.

A to może oznaczać dwie rzeczy: albo Mirosław Drzewiecki został pozostawiony sam sobie, bo Donald Tusk skazał go już na pożarcie z powodu materiałów, które nie ujrzały jeszcze światła dziennego, albo Platforma jest nieudolna i nie potrafi w tak ważnej sprawie wspomagać nawet własnych członków.

A kolejnym sprawdzianem sytuacji wewnętrznej tej partii będzie porównanie spójności zeznań byłych przyjaciół z boiska: premiera Tuska i przewodniczącego Schetyny.