Prezydent Bush przed odejściem wykonał sporo rytualnych telefonów. Pożegał się ze światowymi przywódcami, których uważa za swoich osobistych przyjaciół lub których kraje uważa za ważnych partnerów Ameryki. Wyraził im "wdzięczność za życzliwość, jaką obdarzyli jego” i rządzony przez niego kraj. Zadzwonił nie tylko do przywódców światowych mocarstw czy do polityków z krajów sąsiadujących z USA, ale także do Danii, Grecji itp. W sumie kilkanaście telefonów.

Ale do Polski nie zadzwonił; do nikogo z Polski. Ani do Kwaśniewskiego czy Millera, którzy obdarzyli go nie tylko "życzliwością", ale także tysiącami polskich żołnierzy w Iraku. Ani do żadnego z braci Kaczyńskich, którzy obdarzyli go jednostronną miłością i zaufaniem. Ani do ministra Waszczykowskiego, który pomagał Amerykanom jak umiał w ich negocjacjach z polskim rządem w sprawie tarczy. Ani nie zadzwonił do nikogo z obecnego rządu RP, który wynegocjował z Amerykanami wstępną umowę w sprawie tarczy, mającej przecież być elementem obrony USA na naszym terytorium.

Nie będę z tej okazji palił gwiaździstego sztandaru ani rzucał butem w stronę ambasady USA. Ale trudno mi nie zauważyć, że to jest gorzka lekcja, kolejny zimny prysznic dla wszystkich wyznawców wiary w to, że Polska może być dla Ameryki drugim Izraelem, drugą Wielką Brytanią czy drugim Meksykiem. Wystarczy, że będziemy blokować integrację europejską, utrudniając tym samym powstanie kolejnego silnego podmiotu politycznego, z którym USA musiałoby się dzielić władzą nad światem. Wystarczy, że będziemy na każde skinienie Waszyngtonu, a wówczas staniemy się amerykańskim lotniskowcem, ze wszystkimi zaletami tej sytuacji.

Otóż nie, Kwaśniewski był gotów na każde skinienie Waszyngtonu, a Lech Kaczyński do tej pory blokuje integrację europejską, odmawia ratyfikacji traktatu lizbońskiego, uprawia antyeuropejską propagandę, nawet jeśli odpowiedzialność za nią zwala potem na Jacka Kurskiego. Zatem zarówno Kwaśniewski, jak i Kaczyński wykonali z nawiązką nasze obowiązki wobec USA, płacąc za to pozycją Polski w Europie. Tymczasem Bush nawet nie wie, że tacy politycy istnieją. Zadzwonił do Putina, ale nie do Lecha Kaczyńskiego, mimo że Lech Kaczyński nadal wierzy w to, że Ameryka to imperium dobra, a Rosja to imperium zła, tak jak wszyscy w to wierzyliśmy w latach 80. A tu tymczasem Pan Bóg żegna się z Panem Lucyferem ciepłym osobistym telefonem, wysoko nad głowami ludzi wierzących w to, że politykę uprawia się w języku Apokalipsy św. Jana.

Może zatem gra w Unię Europejską, gra w jak najgłębszą i jak najszybszą integrację, jest dla Polski jedyną geopolityczną grą, którą warto traktować poważnie? W najlepszym razie, jeśli ekipa Baracka Obamy i Hillary Clinton rzeczywiście zdoła odbudować i wzmocnić atlantycką wspólnotę Zachodu, polska gra w Europę nie będzie grą przeciwko Ameryce. Ale w dwustronnych stosunkach z USA, podobnie jak w dwustronnych stosunkach z Rosją, bez brukselskiego wzmocnienia okazujemy się nie bardziej realni od ducha, od obłoczka mgły, przez który istoty nieco bardziej materialne podają sobie ręce i wykonują telefony.

Piszę o tym wszystkim bez cienia "antypolskiej” satysfakcji, ale ku nauce naszych braci Sarmatów. Może kiedyś Polska będzie nieco silniejsza, może kiedyś zamiast użerać się ze sobą, będziemy potrafili lepiej ze sobą współpracować, a świat to zauważy. Ale dopóki jesteśmy w narodowym i politycznym przedszkolu, to ten czas warto przeczekać raczej w Unii, która jest czymś realnym, w której można się bezpiecznie uczyć polskiej polityki, od której dostaliśmy nasz spóźniony o pół wieku, ale ciągle Polsce potrzebny, Plan Marshalla. Lepsze to, niż stawianie pierwszych politycznych kroków w tym zdziczałym świecie pod osłoną mitu uprzywilejowanych dwustronnych stosunków polsko-amerykańskich. Mitu, który jest od początku do końca fałszywy.

Może kiedy wybuchnie jakaś nowa zimna wojna i Ameryka będzie potrzebowała narodu najemników za friko, na granicy jakiegoś nowego imperium zła, a może nawet za linią frontu - wtedy znowu zobaczymy wielkie amerykańskie telewizyjne widowiska, emitowane na cały świat i wspierające cierpiącą Polskę. Amerykański prezydent będzie telefonował do przywódcy polskiego podziemia albo wysyłał do niego zaszyfrowane maile. A my będziemy wychodzić na ulice z imieniem jakiegoś kolejnego amerykańskiego prezydenta na ustach. Ale ja za taką przyszłością dla Polski, Europy ani dla świata wcale nie tęsknię. Więc, póki co, uczmy się żyć w Unii i traktować Amerykę jako sympatycznego, ale jednak zamorskiego, sojusznika. Który w swoim kajeciku z telefonami może nawet i ma Aleksandra Kwaśniewskiego czy Lecha Kaczyńskiego, ale na pozycji pięćdziesiątej, a nie na drugiej, czy choćby piętnastej.