To informacje będące ceną popularności. A że bohaterem doniesień jest były premier, polityk prawicy? To tylko znak czasu?

Nie, to coś więcej, to świadomy wybór Marcinkiewicza. Jego staranna kalkulacja i kampania informacyjna. Przeprowadzona według najlepszych wzorców Janusza Palikota. Nic więc dziwnego, że były premier właśnie w nim znalazł gorliwego obrońcę. Palikot na swoim blogu oburza się na „polskiego kołtuna, który już spluwa na polityka”, bo ten – romantycznie nadzwyczaj – się zakochał. Palikot na razie jako jedyny realizuje zamysł, który przyświecał Marcinkiewiczowi. Jaki? Budowania wizerunku romea polskiej polityki, skoro chwilowo nie da się kreować innego. Reszta milczy zażenowana. I tylko jeszcze przewodniczący klubu PO Zbigniew Chlebowski nieśmiało próbuje nauczać media, że trzeba chronić prywatność nawet osób publicznych. Ale jak chronić prywatność Kazimierza Marcinkiewicza przed nim samym?!

To, co pokazało się w tabloidach, wbrew PR-owskiemu planowi nie jest żadną wzruszającą, romantyczną historią o miłości. Rzecz nie idzie o to, czy panu Kazimierzowi wolno kochać (to wolno wszak każdemu), tylko o to, że z ochotą ze swego uczucia uczynił dobrze sprzedający się towar. Sam podsyła zdjęcia, chętnie opowiada, zapewnia wciąż o przywiązaniu do rodziny i narzeka, że nie był rozumiany. A zdjęcia ze ślubu staną się zapewne kolejnym hitem. Ciekawe, czy jeszcze przed eurowyborami, czy już po?

Ta skwapliwość w czynieniu publicznymi swoich intymnych odczuć i smutków zdumiewa. Bardziej naturalną reakcją polityka na – przyznaję – czasem chorobliwe zainteresowanie mediów, byłby przecież spontaniczny okrzyk „A idźże redaktorze do diabła!” połączony nawet z próbą przyspieszenia drogi natręta po schodach w dół. Taką ochronę swojej nowej (a i starej też) miłości każdy by przecież zrozumiał. Ba, kciuki by za byłego premiera trzymał.

Tymczasem zgodnie z podstawową zasadą show-biznesu „wszystko na sprzedaż”, Marcinkiewicz wyraźnie dumny z podboju ujawnia, że o rozwodzie rozmawiał z żoną w święta i puszy swe męskie wdzięki wszędzie, gdzie może. Strach lodówkę otworzyć...

Politycy zastąpili w Polsce gwiazdy rozrywki. Nie wiadomo tylko, czy to z powodu mizerii rodzimych gwiazd, czy dlatego, że zwykły człowiek coraz mniej z polityki rozumie i woli historie z telenowel. Ale nawet jeśli tak jest, to jeszcze nie powód, żeby takim upodobaniom ulegać. Albo, co gorsza – takie upodobania wytwarzać.

Tym bardziej że cena schlebiania tanim gustom jest niebezpiecznie wysoka. Kiedy z otoczenia prezydenta Francji docierają poufne przecieki, że trenerka fitness pięknej Carli zajęła się też Nicolasem, by pomóc mu w zyskaniu seksualnej formy, nikogo to raczej nie rani. Najwyżej była żona prezydenta uśmiechnie się z sarkazmem. Ale jak się czuje rodzina byłego premiera z Gorzowa? Czy czwórka jego dzieci ma jakieś sposoby, by bronić się przed okładkami kolorowych pism z uśmiechniętym tatą w towarzystwie nowej miłości? Umiar i dyskrecja Marcinkiewicza właśnie im najbardziej by pomogły.