Nikt przecież nie oczekuje sukcesu PiS-u w tegorocznych wyborach europejskich, tu wystarczy rezultat niekompromitujący. Ale od wyborów prezydenckich zależy cały przyszły los obozu braci Kaczyńskich. Jeśli je przegrają, albo przegrają je na dodatek przez knock-out, czas polityczny obu wchodzących już w siódmy krzyżyk bliźniaków zakończy się definitywnie. PiS nie odzyska wówczas władzy w następujących chwilę potem wyborach parlamentarnych. I bardzo zasadne stanie się pytanie, czy wobec ostatecznego zejścia ze sceny obu braci, w ogóle będzie mógł dalej istnieć? Ta chwila byłaby wypełnieniem pragnienia wielu ludzi. Pragnienia mitycznego powrotu wieczyście cieplutkiego klimatu i polityki wyzbytej tak ambicji, jaki i konfliktu.

Ale rzecz w tym, że idą ciężkie czasy. Trudno nie zgodzić się z premierem Tuskiem, że łotrem byłby ten, kto by się z tego cieszył. Tyle, że kłamcą z kolei byłby ów, kto by z tego powodu bał się przyznać, że ciężkie czasy tworzą całkiem niespodziewanie koniunkturę dla PiS. Powiedzmy to rzetelnie: od chwili utraty rządu ani bracia, ani ich partia nie zapracowali na tę szansę. Ale historia niekoniecznie jest sprawiedliwa. Cztery lata temu Kaczyńscy odnieśli wielkie podwójne zwycięstwo , przekonując Polskę, że chcą i potrafią głęboko przeorać rzeczywistość, uwalniając kraj od polityki skorumpowanej i rządów panoszącej się bezsilności. Niezależnie od intencji -- nie potrafili. Przyznanie tych własnych win i błędów jest warunkiem wstępnym i koniecznym dla odbudowy politycznego mandatu. Polska nie zapomina tak łatwo, kto jej dał w twarz, oddając kawał władzy szajce Leppera.

A potem trzeba znowu przekonać Polskę, tyle, że tym razem do tego, że Kaczyńscy i ich ekipa to - mimo swoich wad - ludzie na ciężkie czasy. A ściślej mówiąc -- wystarczy dowieść, że na takie czasy są lepsi niż Tusk. Wcale nie będzie to łatwe.

Krakowski kongres ma szansę rozpisać zadania na owe kluczowe dla PiS-u dwadzieścia miesięcy - tak, aby u początku ciężkich czasów obóz Kaczyńskich zasłużył się realnie dla kraju. W czasie kryzysu słynna formuła opozycyjności lorda Derby: "krytykować wszystko, nie proponować nic" - jest po prostu mało użyteczna. Nie tylko dla państwa, ale także dla tych, którzy by chcieli ją stosować. Przy nadal kunktatorskim zachowaniu rządu na scenie, PiS może wziąć na niej dla siebie rolę poganiacza władzy. Czyli kogoś, kto zręcznie potrafi narzucić w polityce własną agendę spraw. W ostatnich dniach można nawet odnieść wrażenie, że prezes Kaczyński przeprowadza próbne manewry, przed taką właśnie operacją. Nie całkiem udane, jeśli taki cel miała mieć propozycja przekształcenia TVP w telewizję rządową z pomocą PiS. Złośliwo-ironiczny kontekst umożliwił Tuskowi wygodne potraktowanie jej, jako zwykłego przejawu opozycyjnej agresji. A koncept taki może się udać tylko wtedy, jeśli oferta realnego wpływu PiS na politykę będzie praktycznie dla Tuska niemożliwa do odrzucenia. Albo- odrzucana za wysoka cenę.

Głupcem byłby natomiast, kto zawierzyłby misję odbudowy społecznego mandatu PiS-u modnym pseudomagikom od reklamy i "narracji". Owszem, dbałość o wizerunek jest częścią profesjonalnej polityki. Rzecz w tym, że w przypadku PiS-u wiadomo doskonale z praktyki, że są plamy, których ten proszek nie pierze. I z tej właśnie wiedzy przeciwnicy PiS uczynili szeroko niesioną wieść gminną. Media, które przed kongresem krakowskim pasjonują się szczegółami kroju nowego PiS-owskiego ubranka, mogą tylko pomóc przenieść się tej partii w krainę irrealności i porażki. Bowiem nie wybierzemy powtórnie Lecha Kaczyńskiego, dlatego, bo wszyscy upewnimy się, że on i jego brat to - wbrew pozorom - dowcipni panowie, potrafiący opowiadać śmieszne i ciekawe historyjki. Nie zrobimy tego właśnie dlatego, że w 2010 będziemy musieli wybierać władzę na ciężkie czasy! I będziemy oczekiwać od polityków bardzo klasycznych cech: jasności myśli, stanowczości działań i twardości zasad.