Nie dziwi mnie skandaliczne zachowanie Czesława Kiszczaka, który zerwał rozmowę z Bogdanem Rymanowskim. Praktycznie wyrzucił brutalnie z domu - mimo wcześniejszej zgody na rozmowę - ekipę TVN. Po raz pierwszy zobaczyłem Kiszczaka naprawdę wściekłego i bezwzględnego.

Z równowagi wyprowadziły go pytania dziennikarza związane ze śmiercią dwóch księży, którzy zginęli w tragicznych okolicznościach w styczniu 1989 roku, tuż przed obradami Okrągłego Stołu. Od początku było oczywiste, że są to zbrodnie popełnione przez ludzi związanych ze służbami specjalnymi. Zbrodnie dokonane - jak się wtedy powszechnie mówiło - przez "nieznanych sprawców". Konotacje były jednoznaczne. Prowadziły do ludzi związanych z SB. A całym tym zbrodniczym holdingiem - w skład którego wchodziły wyspecjalizowane komórki, a w nich profesjonalnie przygotowani funkcjonariusze o najróżniejszych specjalnościach, kierował dzisiejszy emerytowany generał Kiszczak. To jemu podlegający funkcjonariusze wyszkoleni do walki z przeciwnikami systemu, w tym z najbardziej niebezpiecznymi wrogami - księżmi, którzy jawnie krytykowali ówczesne władze komunistyczne, prowadzili operacje specjalne.

Zabici księża, których nazwiska przywołuje w rozmowie Rymanowski, byli w grupie duchownych, stanowiących największe dla systemu komunistycznego zagrożenie, bo gromadzili wokół siebie społeczny opór dziesiątek tysięcy Polaków. Specjaliści MSW od nękania, zastraszania, pobić, dezintegracji i dezinformacji mieli w środowisku duchownych katolickich pełne ręce roboty. Pytania Rymanowskiego rozsierdziły generała w najwyższym stopniu, bo uderzały w najczulsze miejsca. Wracały do spraw, które najpełniej obnażają prawdziwe oblicze resortu dowodzonego przez ostatnią dekadę czasów PRL przez dzisiejszego emerytowanego generała. Są oskarżeniem w niego wymierzonym, bo to on dowodził batalionami funkcjonariuszy, którym nieobce były skrytobójstwa.

Dziś, po latach, Kiszczak chciałby - podobnie jak jego stary druh generał Jaruzelski - przedstawiać siebie w mediach jako bohatera. Mówić wyłącznie o zdarzeniach, które wpisują się w jego obraz jako bojownika o wolną, sprawiedliwą Polskę. Jako prawdziwego patrioty, który własne dobro zawsze przedkładał nad dobro kraju.

Aby przekazać mediom taki autoportret, nie może pozwolić dowolnie hulać dziennikarzom. Ich rola według niego - co wyraża swoim postępkiem - winna ograniczyć się do przyjęcia jako w pełni wiarygodne wersje wydarzeń przedstawiane przez niego samego.

Inaczej mówiąc, Kiszczak wyobraża sobie, że wróci do sytuacji sprzed Okrągłego Stołu, kiedy publicznie, za pośrednictwem reżimowych wówczas mediów, udzielał odpowiedzi na nurtujące opinię społeczną pytania , które sam sobie zadawał. Zaś siedzący naprzeciwko niego rozmówcy zamieniali się na ten czas w atrapy, którym te pytania w przekazie oficjalnym przypisywał. A oni się na to godzili.