Mamy czołg „Twardy” i mamy twardego ministra obrony. Walcząc o budżet swojego resortu w trudnych czasach kryzysu nie wahał się walnąć w stół własną dymisją, żeby z samym premierem Donaldem Tuskiem wynegocjować satysfakcjonujący budżetowy kompromis. A skąd o tym wiemy? Od samego ministra, któremu ryzykowne wyznanie na temat własnej twardości wymknęło się w intymnym zaciszu studia Radia ZET.

Od tego momentu zastanawiamy się wszyscy, czy Klich powiedział za dużo i jakie będą konsekwencje tego przejęzyczenia. Tymczasem minister powiedział dokładnie tyle,

na ile zgodził się Donald Tusk. Za wiedzą i zgodą lidera partii Klich dograł do końca polityczny teatr publicznie negocjowanych z resortami budżetowych cięć. To zresztą nie teatr, to wręcz wrestling, malownicze teksańskie zapasy, gdzie „Bestia” Tusk po miażdżącym skoku z wysokości lin przygważdża „Wygadanego” Klicha do desek i wykręcając mu rękę aż głośno chrupnęło zmusza do budżetowego kompromisu.

Ja wrestling lubię, kocham jego gwiazdy, jeśli trafię w kablówce na jakąś transmisję, nie mogę się oderwać. Jednak, żeby cieszyć się pięknem widowiska nie muszę od razu wierzyć w jego autentyczność. W to, że „Bestia” rzeczywiście złamał rękę „Wygadanemu”, bo inaczej nie uzyskałby z jego resortu 2 miliardów oszczędności.

Klich nie został szefem MON-u, aby wobec premiera reprezentować interesy resortu, ale by wobec resortu reprezentować interesy prmiera. Naczelnym interesem premiera jest dzisiaj utrzymać w ryzach deficyt budżetowy państwa, mimo spowodowanego kryzysem spadku dochodów, innymi słowy, interesem premiera są cięcia wydatków. To wszystko można było przeprowadzić bez widowiska, ale w czasach, kiedy wszyscy siedzimy przed ekranami i oczekujemy wrestlingu, trudno się dziwić, że Tusk postanowił zagrać „Bestię” akurat wobec „Wygadanego”, w dodatku w taki sposób, aby „Wygadany” też na tym skorzystał.

W przypadku Klicha powód jest jeszcze jeden. Klich jest potrzebny w MON-ie jako polityk wystarczająco miękki i pozbawiony własnego zaplecza, przez co nie liczy się ani w walce o przywództwo, ani w walce o premierowską schedę. Ale przez pierwszy rok swego urzędowania nawet przy powyższych założeniach, Klich okazał się za miękki, aby liczył się z nim resort, a nawet opinia publiczna. Widowiskowy budżetowy wrestling, w finale ubarwiony plotką o własnej dymisji – miał to wszystko zmienić.

Dlaczego jednak na szefa MON-u został powołany człowiek bez cienia politycznej drapieżności, którego wizerunek mogą utwardzić jedynie malownicze wrestlerskie zapasy z premierem? Otóż Ministerstwo Obrony, podobnie jak Ministerstwo Spraw Zagranicznych to resorty niebezpieczne. Polityk może na nich polec, ale może też zbudować sobie autorytet, który zagrozi autorytetowi lidera partii. Stąd też, od czasu, kiedy pogodziliśmy się z tym, że na nasz system partyjny składają się nie partie, lecz dwory na tak ważne stanowiska mogą być mianowani wyłącznie ludzie, w których monarcha - obojętnie Kaczyński czy Tusk - potrafi dostrzec jedynie dworaków. Jeśli zobaczy w nich choćby cień suwerennych polityków, zdolnych do przeżycia bez jego pomocy i łaski, to już jest ich koniec. Mogą sobie dogorywać w spółce skarbu państwa albo w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ale ważnego resortu więcej nie dostaną. To właśnie dlatego Kaczyński po wielu próbach zamontował ostatecznie w MON i MSZ-cie Szczygłę i Fotygę, specyficzny Freak Show, paradę dziwaków, a nie politycznie lub merytorycznie silną obsadę najważniejszych „konstytucyjnych” resortów. To właśnie dlatego Tusk do MSZ-u wybrał Sikorskiego - ciało w PO obce, polityka osłabionego w dodatku zmianą ligowych barw i wyniszczającym konfliktem z prezydentem państwa. I właśnie dlatego na szefa MON sprowadził z Brukseli „Wygadanego” inteligenta Klicha. Rewelacyjnego w funkcjach doradczych, może nawet analitycznych, ale nie mającego nawet cienia potencjału na polityczną samodzielność.

Problem w tym, że Klich był do tej pory za miękki nawet na odegranie roli „Wygadanego” w naszym politycznym wrestlingu. Stąd ta cała opera, której finałem była plotka na temat własnej dymisji rozpuszczona przez Klicha w radiu Zet. W dodatku Klicha czeka inna walka, z „Brutalem” Szczygłą, który nawet do wrestlingu nie ma przygotowania, nie rozumie, że to tyko show i może naprawdę komuś ząb wybić albo złamać mały palec.