Prawdziwe znaczenie państwa ujawnia się w świecie takim jak dziś dopiero w sytuacjach nieprzewidywalnych. Wobec niepewności jutra o jakości polityki zagranicznej decyduje – jak mówił wczoraj w Sejmie minister Sikorski – „kultura polityczna i sprawność administracyjna, umożliwiające budowanie podmiotowości w sytuacji kryzysu”. Dyplomacja stawać się wtedy musi „dyplomacją szybkiego reagowania”.
Ten wątek sejmowego expose Sikorskiego jest najtrafniejszą sformułowaną dotąd przez polskiego ministra diagnozą skutków, jakie zmiany otaczającego świata nieść winny dla zewnętrznej polityki i organizacji narodowej dyplomacji. Polską politykę zagraniczną początku XXI wieku ufundowały właściwie trzy kryzysy, a ściślej mówiąc trzy dobrze podjęte w kryzysach decyzje: Kijów, Bagdad i Nicea.
Pierwszy wyznaczył ambicje polskie w kształtowaniu europejskiej polityki wschodniej. Drugi był manifestacją wiary w to, że głównym źródłem bezpieczeństwa wolnego świata jest potęga Ameryki. Trzeci uświadomił, że wbrew płynącym wówczas radom nie wstąpiliśmy do Unii z zamiarem siedzenia tam cicho, jeśli pod przykrywką integracji nasi partnerzy chcieliby zignorować nasze podstawowe interesy.
Rzecz w tym, że ostatni rok dostarczył wyraźnych świadectw, że polski rząd ma kłopot z owym postulowanym przez Sikorskiego budowaniem podmiotowości w sytuacjach kryzysu. W ostatnich miesiącach polska stanęła dwukrotnie wobec poważnych kryzysów politycznych w naszej strefie geopolitycznej: w sierpniu, gdy Rosjanie wkroczyli do Gruzji i w styczniu, gdy zablokowali część dostaw gazu do Europy. I w jednym i drugim przypadku rząd próbował uciec od politycznej podmiotowości.
W jednym i drugim przypadku MSZ rozpoczął akcje reagowania od sugestii, że sytuacja jest niejasna i w gruncie rzeczy lepiej się nie mieszać. I dopiero eskalacja wydarzeń i podjęcie akcji przez prezydenta nakręcało powoli rządową maszynerię. Dlatego właśnie w tych kryzysach - dokładnie tak, jak opisał to wczoraj Sikorski – Polska nie podniosła „swojego znaczenia” w stopniu, w jakim było to możliwe. Koncepcja polityki przedstawiona wczoraj w sejmie nie dość współgra ze znanymi realiami.
Być może problem leży w tym, co Sikorski określa wyższością „gry w szachy nad rosyjską ruletką”. Ja gotów byłbym na ostrzejsze sformułowanie: gra w rosyjską ruletkę odbiera państwu międzynarodową powagę. Tyle tylko, że te wszystkie metafory nie rozwiązują żadnego realnego problemu. Podobnie zresztą, jak używanie przez ministra sloganów, w rodzaju „polityka odważna i rozważna”. Na czym zatem polega owa prowadzona obecnie gra w szachy? Jeśli w mowie Sikorskiego słyszę, że niezależnie od tego co Obama zechce zrobić z tarczą - Polska oczekuje wypełnienia postanowień sierpniowej Deklaracji o Współpracy Strategicznej – to w takim dictum widzę jakiś sensowny szachowy pomysł. Nawet jak ponad naszymi głowami obiecacie Rosji rezygnację z tarczy w Polsce i w Czechach, to i tak ulokować macie tutaj najważniejszy dla polskiego bezpieczeństwa garnizon Patriotów. Podobnie – gdy minister żąda jasnych reguł europejskiej gry z Rosją „nie chwiejących architekturą instytucji europejskich i euroatlantyckich”. W języku jasno definiowanych interesów rozumiem, że w sytuacji, gdy nie potrafimy powstrzymać europejskiego miłosnego parcia na Rosję, będziemy domagać się, aby Niemcy ,a zwłaszcza Francuzi nie podejmowali szkodliwych dla nas akcji na własna rękę. Dobrze, to też jest koncept na szachy. Byle nie pozostał tylko na poziomie trudno często uchwytnego dyplomatycznego frazesu.Ale trudno mi zrozumieć i zaakceptować, że partią szachów ma być przemilczenie w expose szefa dyplomacji kluczowych dla Polski spraw spornych z Niemcami czy Rosją. Nie ma już gazociągu bałtyckiego, nie buduje się Centrum Wypędzonych, śledztwo katyńskie nie jest umorzone, a rakiety wymierzone w Polskę nie mają stanąć w Królewcu. I tak dalej. To – Panie Ministrze – nie są żadne szachy. To jest polityczna naiwność, która wyobraża sobie, że sprawy sporne rozwiązuje się w świecie łatwiej, jeśli ich istnienie się przemilcza. A tymczasem jest odwrotnie. Przemilczanie takich spraw w expose ministra spraw zagranicznych we wszystkich zagranicznych kancelariach odczytywane jest jako oznaka braku pewności siebie. I co tu dużo mówić: słabości.