Jedną decyzją minister Barbara Kudrycka zapewniła sobie trwałe, choć swoiste miejsce w historii. Pozostanie w niej jako profesor, który nie zawahał się dla partyjnej gry o władzę posłać nadzwyczajną kontrolę „jakości kształcenia” na Uniwersytet Jagielloński.

Dokładnie rok temu, kiedy premier Tusk z patosem apelował do rektorów o wyrzeczenie się korporacyjnych interesów i – jak mówił – „serdeczny spisek pro publico bono w jednym celu: otwarcia polskich uczelni na światową konkurencję”, pojawiła się nadzieja, że nazwisko Kudryckiej stanie się symbolem pierwszej wielkiej reformy uniwersytetów w wolnej Polsce. Deprymująca jest skala upadku misji Kudryckiej: od wielkiego reformatora do wykonawcy brzydkich poleceń.

Jest tajemnicą poliszynela, że poziom prac magisterskich w Polsce jest niski. Że często nikt ich nie czyta, że istnieją szablony standardowych recenzji, a internet otworzył pole dla plagiatu. Minister Kudrycka słowem nigdy nie dała poznać, aby ten stan rzeczy ją niepokoił. UJ pod tym względem należy do wąskiej grupy szkół starających się trzymać standardy. W ubiegłorocznym rankingu jakości kształcenia kapituła pod przewodem prof. Marka Safjana uznała go za najlepszą uczelnię w Polsce. Kudrycka wiedziała, że wysyłając do tej szkoły nadzwyczajną kontrolę jakości, naraża się na śmieszność. Musiała też zdawać sobie sprawę, że swoją decyzją podkopuje prestiż jednej z ważniejszych instytucji publicznych. Państwowa Komisja Akredytacyjna, nie będąc dotąd uwikłana w żadną aferę finansową ani polityczną, miała moc wiarogodnej oceny standardów akademickich. Doprawdy ciężką winę wobec państwa polskiego bierze na siebie ktoś, kto wpędza w partyjne zlecenia instytucję odpowiedzialną za jakość szkół wyższych. Jak bardzo PAK-ę wpędzono w matnię, widać było po zakłopotaniu jej przewodniczącego prof. Rockiego. Nie wykonać zadania źle, wykonać – jeszcze gorzej.

Winą Kudryckiej jest w końcu wzmocnienie trendu oportunistycznego na uczelniach. Co tu dużo mówić: dawno minęły czasy, w których wydziały społeczne i humanistyczne polskich uniwersytetów obfitowały w uczonych o nonkonformistycznych charakterach i mocnych przekonaniach. To zresztą jest prawdziwa przyczyna, dla której tak trudno zacząć zapowiadane rok temu przez Tuska i Kudrycką reformy akademickie. Organizując spektakularny nalot na uniwersytet z powodu niewygodnej dla władzy, ale nonkonformistycznej pracy magisterskiej, Kudrycka daje jasny znak wyczulonemu na takie sygnały środowisku. Siedźcie cicho! Pozbywajcie się ludzi niewygodnych! Nie wywołujcie kontrowersji! Ale przecież Kudrycka sama jest profesorem. Musi wiedzieć, że to jest sygnał zabijający prawdziwą naukę.

Zagadką jest, po co Pani Profesor dała się ubrać w taką misję. Z reakcji premiera, zaskakująco żarliwie przyjmującego odpowiedzialność za jej decyzję, wolno sądzić, że Kudrycka wykonała nie przez nią wymyślone zadanie. Ale w każdej wersji zdarzeń jest to jej kompromitacja. Jeśli wykonywała polecenie, wzięła na siebie rolę bezwolnego narzędzia w ręku Tuska. Jeśli nie, to wzorem licznych swoich partyjnych kolegów – sama poszła w bój, gdy tylko Tusk kilkoma słowy wskazał kierunek ataku.

Najciekawsze pytanie polityczne brzmi więc: po co Tuskowi cała ta nonsensowna chryja? Uniwersytet został zapewne trafiony ledwie odłamkiem pocisku artyleryjskiego wymierzonego w inny cel: IPN. Od jakiegoś czasu Tusk zdaje się sprawować swoje rządy osobiste w sposób bardziej chimeryczny i kapryśny. Zwracać musi choćby uwagę złość, z jaką reaguje na przejawy niesubordynacji wobec własnej woli. Tuskowy cezaryzm nie jest w stanie ani zrozumieć, ani pogodzić się z instytucjami państwowymi autonomicznymi względem jego taktyki politycznej. Wedle diagnozy Tuska każda kontrowersja wokół historii najnowszej jest potencjalnym paliwem dla PiS i kłopotem dla PO. Dlatego gra o historię jest dlań jedną z postaci gry o władzę. A jeśli historycy – zwłaszcza ci z IPN – tego nie rozumieją, tym gorzej dla tych historyków.