Słaby to kraj, w którym jedyne emocje budzi bój o przeszłość, bo teraźniejszość i przyszłość są poza intelektualnym zasięgiem zarówno rządzących, jak i opozycji, a nawet większości inteligenckich elit. Słaby to kraj, w którym jedni próbują rozszarpać Wałęsę, a inni historyków z IPN. Mimo że oba cele ataku - nie będąc może aniołami - mają jednak do wykonania ważną pracę. Wałęsa powinien pozostać legendą, a choćby jej resztkami, a IPN powinien porządkować i objaśniać, a nie ideologizować, naszą wiedzę o PRL, w tym wiedzę o przeszłości politycznych autorytetów Joanny Senyszyn.

Reklama

Sikorski miał małe szanse na kierowanie NATO, od kiedy "niet!" powiedzieli Niemcy, a na ostatniej prostej potwierdzili to "niet" Amerykanie. Jednak w ostatni weekend Tusk, bojąc się, że PiS i SLD obciążą go winą - a miał powody, bo oni by go obciążyli - prewencyjnie zaatakował Lecha Kaczyńskiego, który na wybór Sikorskiego lub jego utrącenie przez Niemcy, Francję, Anglię, Amerykę... nie miał żadnego wpływu. Nawet jeśli człowiek, którego Kaczyński wybrał na swojego przyjaciela w Unii Europejskiej, Vaclav Klaus, woli Putina od Sikorskiego (Kaczyński nie ma w tej kwestii poglądów Klausa, co najwyżej poglądów Klausa stara się nie dostrzegać), to także Klaus nie miał w obecnej sytuacji wpływu na mianowanie Sikorskiego lub jego utrącenie.

Atakując prezydenta, żeby opozycja nie zaatakowała jego, premier Tusk wykazał słabość i małość, nawet jeśli pałacowe zwierciadełko jego PR-owców powie mu coś wręcz przeciwnego.

Jeszcze większym błędem był taniec na linie minister Kudryckiej. Pani minister budziła nadzieje, obejmując niegdyś stanowisko ministra szkolnictwa wyższego. Głowa pełna pomysłów, europejskie doświadczenie. Jedna z najlepszych twarzy Platformy. Kibicowałem jej, kiedy przedstawiła pierwsze projekty reformy szkolnictwa wyższego. Choćby plan zlikwidowania odziedziczonej po PRL, a może nawet po średniowieczu, procedury habilitacyjnej, która sprawia, że polskie uniwersytety bardziej są dziś podobne do leśnych garnizonów wojskowych niż do nowoczesnych zachodnich uczelni. Panuje w nich "fala". Przez pół zawodowego życia młodzi naukowcy noszą za profesorami teczki, żeby przez drugą połowę życia - już jako uczeni habilitowani - sami odgrywać się na asystentach traktowanych jak "koty".

Kiedy Kudrycka zaproponowała likwidację tej farsy, która zabiera polskim uczonym najlepsze twórcze lata ich młodości, profesura - i ta lewicowa, i ta prawicowa, i ta pro-, i ta antylustracyjna - powiedziała solidarnie "nie!". Bo oni już swoją falę odsłużyli, a teraz rząd chciał im zabrać rozkosze panowania nad "kotami", a także zagrozić wygodnym profesorskim dożywociom, wprowadzając jakieś mroczne kontrakty na czas ograniczony. Zatem premier i pani minister z projektu reformy się wycofali, pozostał jakiś jej ogryzek, który - być może - będzie kiedyś wprowadzony. Teraz słaba pani minister postanowiła - najpewniej na polecenie PR-owców premiera - pokazać swoją siłę, wysyłając karną kontrolę na UJ. Na to też się okazała za słaba i po 24 godzinach z pomysłu kontroli się wycofała.

Jeden taki weekend odziera Donalda Tuska z cech silnego przywódcy, a Platformie odbiera wizerunek partii zdolnej do przeprowadzenia liberalnej modernizacji Polski. Będziemy dalej kochać tę partię, ale już tylko jako mniejsze zło, jako partię w chwili obecnej rządzącą bez alternatywy. Bo PiS czy SLD wad mają - na razie - trochę więcej. Będziemy Tuska kochać jako słabego władcę w słabym kraju. Kraju, który - na całe szczęście - wczołgał się do Europy i nie powinien być z niej wypędzony. Ale własnego potencjału nie ma.