Z danych banku centralnego da się wyczytać jeszcze jedną niepokojącą rzecz. Otóż przedsiębiorcy nie inwestują, gdyż często kondycja ich firm osłabła na tyle, że muszą raczej skoncentrować się na obronie dotychczasowych pozycji, niż myśleć o rozwoju. Do tego dochodzi oczywiście przyczyna, z którą borykamy się od początku światowego kryzysu: niepewność. To już zjawisko na pograniczu czystej psychologii – brak przekonania, czy zainwestowane pieniądze zwrócą się w rozsądnym czasie, jaka będzie kondycja gospodarki, a zatem kontrahentów i klientów, jak będą zachowywały się waluty, czy wreszcie kolejne zawirowanie na światowych rynkach nie odbije się na tym czy innym biznesie.

Chęć firm do inwestowania to bardzo czuły barometr kondycji gospodarki. Na razie, choć też nie ma jakiegoś wielkiego dramatu, wskazówka jest na niekorzystnej części skali. To jasne, że największy wpływ na tego rodzaju pasywne zachowanie firm ma przede wszystkim ogólna koniunktura w Polsce czy w Unii. Ale trzeba też pamiętać, że takie pomysły, jak chociażby podwyższanie płacy minimalnej, nie za bardzo motywują przedsiębiorców do inwestowania i zatrudniania nowych pracowników. Kółko się zamyka: bezrobocie się nie zmniejsza, ludzie mają mniej pieniędzy i mniej kupują, a firmy nie mają jak sprzedać swoich towarów.

A przecież już chyba powszechnie wiadomo, że przedsiębiorcom niespecjalnie trzeba pomagać. Poradzą sobie. Byle im zanadto nie przeszkadzać.