Anna Sobańda: Jak ocenia pan aktualną kondycję naszego mówienia?

Mirosław Oczkoś*: Z kondycją naszego mówienia jest coraz słabiej i to na wszystkich polach. Największy problem polega na tym, że zaczęliśmy bełkotać i posługiwać się półsłówkami. Niestety, przykład w tej kwestii idzie z góry. Ludzie wypowiadający się w mediach, dziennikarze, politycy, eksperci mówią źle. Warunek podstawowy naszej mowy, to być zrozumiałym, a niestety często jest tak, że nie rozumiemy tego, co inni mówią. Ludzie bełkoczą, faflunią, dzidzibulą. Pomijam też wszystkie te językowe błędy, jak na przykład zjadanie końcówek.

Czy te błędy wynikają z naszego lenistwa?

Tak, głównie z lenistwa, z niedbałości mówienia, ale najbardziej z braku wzorca. Mało jest osób w przestrzeni publicznej, które mówią dobrze. My się uczymy głównie ze słuchu. Proszę sobie przypomnieć, jak Wałęsa powiedział kiedyś „nie chcem, ale muszem”, to wszyscy się z niego strasznie śmiali. Tymczasem dziś ciągle słyszę, że politycy „jedzom, chodzom i wyłanczają się”. Czasami te błędy mają też niezamierzony efekt komiczny, kiedy na przykład komentator sportowy krzyczy „szczał, szczał, szczał prosto w ręce bramkarza”.

Wspomniał pan o wzorcach, kiedyś były nimi radio i telewizja. Jak obecnie ocenia pan mowę w tych mediach?

Jest zdecydowanie gorzej, jednak ostatnio zauważam odwrót, czyli ponowną dbałość o mowę. W stacjach komercyjnych, które mają niewątpliwie urok i wdzięk, liczy się głównie osobowość, a nie dykcja i poprawne mówienie. I kiedy jest to DJ, to może nie przeszkadza, ale jeśli zdarza się to w serwisie, to jest to już niedopuszczalne. Na szczęście obecnie dzieje się tak coraz rzadziej. Wzorcem powinna być telewizja publiczna i radio publiczne. Lubimy w Polsce powoływać się na BBC, ale tam lektorzy i prezenterzy są wybierani pod kątem tego, czy mówią czystym, brytyjskim angielskim. W Polsce zaś wygląda to różnie, są na przykład dziennikarze informacyjni, którzy nie wymawiają niektórych liter. Tymczasem dziennikarz poza gramatyką i składnią, powinien mieć także perfekcyjną dykcję.

Może problem polega na tym, że obecnie ważniejsza jest osobowość i temperament, niż warsztat językowy?

Ideałem byłoby połączenie tych dwóch rzeczy, które jest możliwe. Tym bardziej, że poprawnego mówienia większość z nas może się nauczyć. Winston Churchill większość życia spędził przygotowując swoje „zaimprowizowane” przemówienia. Ćwiczył nie tylko mówienie, ale też na przykład związki retoryczne. A jak popatrzymy na osoby, które występują obecnie w naszych mediach, to jest bardzo źle. Znów mam tu na myśli polityków, może to trochę wygląda na kopanie leżących, ale oni się pchają przed kamery i mikrofony, więc podlegają ocenie. W polityce razi mnie, przede wszystkim, bardzo ubogie słownictwo. Na mało znaczące wydarzenia, ludzie używają słów „zdrada”, „wojna”, „wróg”. A kiedy naprawdę zdarzy się coś takiego jak katastrofa smoleńska, czy wojna na Ukrainie, to nie mają już co powiedzieć, bo odpowiednich słów użyli na jakieś drobne przepychanki. I społeczeństwo się tego od polityków uczy. Szkoda, bo dobrze jest mieć wzorzec, a także kogoś, kto wyłapywałby nasze błędy i zwracał nam uwagę. Moim pierwszym szefem po studiach był Adam Hanuszkiewicz. Jego dykcja była perfekcyjna, przywiązywał do mówienia dużą uwagę i bardzo nas beształ, jak mówiliśmy źle. Tak więc będąc jego asystentem, musiałem się pilnować, by mówić dobrze.

Czyli uważa pan, że powinno się poprawiać ludzi, którzy mówią źle?

Tak. Może nie publicznie, jakoś dyskretniej, ale powinno się.

Wspominał pan, że osoby występujące w mediach używają wielkich kwantyfikatorów do opisywania mało istotnych rzeczy. Jak to wpływa na debatę publiczną?

Stała się niestety bardzo agresywna. Język przez ostatnie 15 lat bardzo się zmienił. Kiedyś, chcąc kogoś obrazić, ludzie starali się robić to w sposób inteligentny, używając jakiś porównań czy metafor. A w tej chwili to się sprowadziło do piaskownicy, bo jak inaczej nazwać to, że jeden 50-letni polityk mówi do drugiego 50-letniego polityka „ty jesteś głupi”. Ponieważ politycy nie mają bogatego zasobu słów, posługują się tymi zwrotami, które są im znane i często są mocno nacechowane agresją. Często słyszymy przecież określenia „zdrajca”, „sprzedawczyk” itd. Ten język niestety przenosi się także w dół, czyli na przykład do internetu. Hejt, z którym mamy do czynienia w sieci, bierze się właśnie z takiego wzorca. Stąd wzięło się określenie „mowa nienawiści”, mówiące o tym, że politycy nie potrafią kulturalnie powiedzieć sobie nawzajem, że się ze sobą nie zgadzają. A przecież językiem można wyrządzić więcej szkody, niż pięściami. Teraz mamy dobry przykład kampanii prezydenckiej, w której emocje zaczynają rosnąć. Na początku było spokojnie, a ostatnio już obserwuję, że niektóre sztaby zaczynają się nawzajem obrażać. Nawet jeśli przyjąć, że kampania wyborcza rządzi się innymi prawami, to przecież nie usprawiedliwia złego mówienia.

Do niedawna mówiło się, że obecna kampania wyborcza jest mdła i bez wyrazu. Może więc sztaby zaczęły zmieniać taktykę i działać bardziej wyraziście.

Była nijaka, ale od 10 kwietnia się zmieniła. Było do przewidzenia, że rocznica katastrofy smoleńskiej będzie momentem, w którym coś się wydarzy, ale to jednak zawsze jest zaskakujące. Ostatnio słuchałem Andrzeja Dudy w jakiejś audycji i słyszałem, że zmienił się ton jego mówienia. Był bardzo podminowany i wykrzykiwał różne rzeczy na prezydenta. Tę zmianę widać też w spotach, które są przemyślanym elementem kampanii. No i jeśli w spocie pojawia się słowna agresja, to jest kłopot. Myślę więc, że do 10 maja będą się działy jeszcze dziwne rzeczy.

Który sztab, pana zdaniem, ma na chwilę obecną największą skuteczność?

Jeśli miarą skuteczności jest to, że wiemy, jaki jest kandydat, to w pierwszej fazie kampanii bez wątpienia najskuteczniej działa sztab Andrzeja Dudy. Z polityka, który był kompletnie nieznany, nawet w swoim elektoracie, dochodzi do poparcia PiS-u. Czyli ta praca została wykonana prawidłowo. Sztab Bronisława Komorowskiego wystartował późno, więc teraz zaczęli nadganiać.

A jak oceni pan kampanię Magdaleny Ogórek?

Już widać, że nie sprawdza się pomysł na niepokazywanie się. Jeżeli kogoś nie ma w mediach, to nie ma takiej możliwości, by porozmawiać z wyborcami. Paweł Kukiz pojawił się w kilku miejscach i proszę bardzo, jego notowania wzrosły, to samo Janusz Korwin-Mikke. Pomysł na panią Ogórek niestety się nie sprawdził i już się raczej nie sprawdzi.

A może kandydatka nie pokazuje się w mediach, bo zwyczajnie nie ma nic do powiedzenia?

Oczywiście tak to jest odbierane przez społeczeństwo. A przecież te wystąpienia, które ona miała, nie były bardzo tragiczne. Widać jednak było, że bardzo się denerwuje, bo mówiła podniesionym tonem głosu, momentami wręcz piszczała. Proszę pamiętać, że odbierając drugą osobę, najpierw ją widzimy, później jej słuchamy, a dopiero na końcu niektórzy rozumieją, co ona mówi. Więc jeśli mamy kandydatkę, której nie widać, kiedy coś mówi słychać zestresowane popiskiwanie, to już nawet nikt się nie zastanawia, co ona ma do powiedzenia. To jest bolesne. No chyba, że w próbach wyszło im tak, że im częściej kandydatka będzie się pokazywała, tym będzie jeszcze gorzej. Tak też mogło być.

Kto jeszcze nie wykorzystał swojej szansy?

Myślę, że lepiej mógłby wypaść pan Jarubas, bo ma predyspozycje. On jednak ewidentnie jest kandydatem zastępczym i sprawia wrażenie bardzo sympatycznego człowieka, który już by chciał, żeby ta kampania się skończyła, żeby dali mu spokój.

Powiedział pan kiedyś, że sztab Bronisława Komorowskiego powinien zainwestować w szkolenia z protokołu, żeby uniknąć kolejnych wpadek. A może właśnie o to chodzi, bo dzięki tym gafom prezydent jest bardziej ludzki, swojski?

Miałem na myśli może nie tyle protokół, co wystąpienia publiczne. To jest problem polskich polityków, ale nie tylko prezydenta Komorowskiego, ba powiedziałbym nawet, że jest to problem mężczyzn w pewnym wieku. Chodzi o to, że podczas wystąpień publicznych raczej się peszymy. Miał to też poprzedni prezydent Lech Kaczyński, który nie lubił występować, peszyły go kamery, mikrofony i publiczność. Bronisław Komorowski zalazł zaś na to taki sposób, że zaczął być trochę bardziej sobą i wówczas uwidoczniła się ta jego jowialność. W momencie, gdy się jest prezydentem to nie przeszkadza, ale gdy się jest kandydatem na prezydenta, ludzie zaczynają wyciągać to jako wpadki. No i teraz pytanie, ile osób w Polsce powie „dobrze, jowialny, piszący wiersze, strzelający gafy, ale taki nasz Sarmata”, a ile będzie wolało technokratę, Europejczyka. Kłopot dla prezydenta jest taki, że on się już nie zmieni. Sztab powinien więc zaingerować w ten wizerunek, uważając jednocześnie, by nie zaingerować zbyt mocno.

Czy wszystkie wpadki komentowane w mediach faktycznie kompromitują prezydenta?

No właśnie nie. Czy słynne "Szogunie" z punktu widzenia tego, co się zadziało, było jakimś przewinieniem? Absolutnie, ja nie widzę tu niczego złego. Niestety sztab zareagował zbyt późno. Dlatego trzeba nauczyć się pewnych zasad funkcjonujących w przestrzeni publicznej, na przykład takich, że nie należy siadać dopóki nie siądą nasi goście. Natomiast jeśli chodzi o mówienie, to i kandydat Duda, i kandydat Komorowski najgorzej nie mówią.

Czytaj więcej: Wystąpienie Komorowskiego na językach. "Choroba filipińska albo zaburzenia świadomości" >>>

A jak oceniłby pan skuteczność polskich spin doktorów?

Zacznijmy od tego, że w Polsce takich prawdziwych spin doktorów nie ma. U nas zostaje się spin doktorem, jak się jest w partii i pracuje się przy kampanii, a później zależy to od tego, jak się wykreujemy. Tak wykreowali się Michał Kamiński i Adam Bielan. Myślę, że większy rozwój w przestrzeni publicznej zaliczył Michał Kamiński, widać u niego progres. Natomiast Adam Bielan trochę przystopował, choć to może być też kwestia osobowości.

A jak ocenia pan zamianę na stanowisku rzecznika prasowego PiS? Czy Mastalerek to godny następca Hofmana?

Wszyscy młodzi politycy, którzy dostają pewien zakres władzy medialnej, powinni napisać sobie na ścianie świecący napis ”Uważaj”. Pan Mastalerek powinien prześledzić sobie losy Adama Hofmana, jak on doszedł tam gdzie doszedł i co spowodowało, a raczej jak postępowali ludzie, którzy znaleźli pretekst, żeby się go szybko pozbyć. Tak więc w przypadku pana Mastalerka, żeby się nie okazało, że pójdzie w ślady poprzednika i rozbije się o coś takiego, co właściwie w Sejmie robią wszyscy. Myślę, że pycha nie jednego zgubiła i nie ma takiej sytuacji w życiu, która nie mogłaby nas przerosnąć. Ja podam przykład Ryszarda Kalisza, powszechnie lubianego, sympatycznego, bardzo dobrze wyedukowanego. Jeśli jednak za chwilę nie pojawi się w Sejmie, albo w jakieś znaczącej konfiguracji, media przestaną go zapraszać, a to, że był z nimi zakumplowany, nie będzie miało znaczenia. Dlatego politycy, którzy budują swoją potęgę na mediach, nagle mogą być postawieni w trudnej sytuacji.

Czytaj także: Młody i ambitny? Cyniczny partyjny "Breivik"? Kim jest Marcin Mastalerek, nowy rzecznik PiS? >>>

A pozostali rzecznicy prasowi?

W Polsce nie wykształcił się model rzecznika partii, nie wiadomo bowiem, czy ma on być zaufanym uchem szefa partii, czy profesjonalistą realizującym politykę medialną. Mam taki przykład Agnieszki Liszki, świetnego PR-owca, która jako rzecznik nie do końca sobie poradziła, nie ze swojej winy, tylko dlatego, że nie była z polityki, nie była tym zaufanym uchem szefa. Później był pan Graś, kolega, polityk itd., i to już funkcjonowało trochę lepiej. Pani premier Kopacz miała zaufaną rzeczniczkę, z którą wcześniej była w Sejmie, byłą dziennikarkę, niestety wizerunek pani premier budowała ona koszmarnie. Tak więc w Polsce jako rzecznicy bardziej sprawdzają się politycy, którzy są blisko szefów, niż profesjonaliści.

A jaki jest pana zdaniem przykład polityka, który zrobił największy wizerunkowy progres?

Doskonałym przykładem jest Donald Tusk. Proszę zobaczyć, jak wypadał, kiedy był wicemarszałkiem Senatu czy Sejmu, jak wypadał, gdy zakładano PO, jak zaczynał być premierem i jak kończył być premierem. Studenci, którym to pokazuję na zajęciach z PR, mówią, że niemożliwe, aby to był ten sam człowiek. Czyli można się nauczyć pewnych rzeczy. Charyzmy jako takiej nauczyć się nie da, ale zachowań charyzmatycznych już tak. Na pierwszym posiedzeniu Rady Europejskiej, abstrahując oczywiście od kwestii merytorycznych, bo nie o tym teraz mówimy, Donald Tusk niczym nie różnił się od tych wszystkich zasiadających tam polityków. Kiedyś, jak polscy premierzy jeździli do Europy, było widać, że są ze wschodu. Donald Tusk już się na tle Europy nie odróżnia..

Jak wielu polskich polityków korzysta z takich porad specjalistów?

Wszyscy, których pani widzi, występujący codziennie. Leszek Miller, jak był premierem, miał takich swoich dwóch umyślnych, którzy wymyślali mu różne zwroty. Kazimierz Marcinkiewicz absolutnie korzystał z podpowiedzi i porad. Jak się trafi dobry rzecznik, to on też powinien takie rzeczy ogarniać. Przykładem tego był też Andrzej Lepper, ale w jego przypadku okazało się, że nauczenie się, jak trzymać się piramidki, niczego nie załatwia. Do pewnego momentu to się udaje, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest bowiem to, co mamy w głowie. Bo w Polsce politycy ostatnio trochę uwierzyli, że jak się dobrze ubiorą i złożą ręce w piramidkę, to wystarczy. Okazuje się jednak, że to nie wystarczy, że trzeba mieć jeszcze w głowie jakąś myśl.

Jak ocenia pan wpadki w polskiej polityce? Mam bowiem wrażenie, że nasi politycy nie potrafią z nich wybrnąć tak jak na przykład politycy amerykańscy.

Polscy politycy, popełniając wpadkę, idą w zaparte, mówią „mnie tam nie było”, „ ja tego nie powiedziałem” itd. Tymczasem podam przykład nieżyjącego już amerykańskiego gubernatora Johna Conelly’ego. Na pewnym wiecu odtrącił on rękę kontrkandydata, co zarejestrowały kamery. Jego sztab usiadł wówczas i napisał oświadczenie, w którym przyznano, że gubernator tak się zachował, a następnie dokładnie wyjaśniono, dlaczego to zrobił. Nie twierdzono, że on tego nie zrobił, wręcz przeciwnie, przyznano, że zrobił to specjalnie i podano przyczyny takiego gestu.

Radzenie sobie z wpadkami to jest kwestia luzu. Z tym się jednak nikt nie rodzi, tego można się nauczyć. Amerykanie ćwiczą to od dziecka, uczą się tego w szkołach. U nas tymczasem zdjęto prezentację na maturach, bo sobie młodzież nie radziła. A przecież w przyszłości będą musieli występować, prezentować siebie, swoje argumenty, chociażby na rozmowach rekrutacyjnych. I dlatego polscy politycy nie radzą sobie z wpadkami, bo nie mają tego w tak zwanym "manualu". Tutaj niezbędne są szkolenia. Tymczasem podam pani przykład, jak do tego podchodzą nasi politycy. Kiedy dwadzieścia lat temu zaczynałem prowadzić szkolenia medialne, politycy mówili, że chcą się czegoś nauczyć i umawialiśmy się na 5 czy 10 spotkań, podczas których coś ćwiczyliśmy. Teraz zaś dzwoni zazwyczaj asystentka polityka, która mówi: „panie Mirosławie, mój szef idzie za trzy dni do Moniki Olejnik, czy ma pan coś, żeby jej przywalić?”. Więc ja wówczas odpowiadam, żeby sobie wziął kij. Oni nie chcą się niczego nauczyć, tylko oczekują triku, dzięki któremu wypadną dobrze w mediach. To jest pomieszanie pojęć, ja takich zleceń nie biorę.

Bywają obecnie politycy, decydujący się na taką szerzej zakrojoną akcję szkoleniową, która wyćwiczy ich w wystąpieniach publicznych?

Najczęściej są to ci, którzy startują. To jest charakterystyczne, jak następuje zmiana w Sejmie, przychodzą nowi posłowie i odbywają szkolenia. Ale wystarczy, że pójdą raz czy dwa do telewizji i dochodzą do wniosku, że już nie ma potrzeby się uczyć. Zmierzyli się już z telewizją i widzą, co przynosi efekt, czyli brutalność, chamstwo, ostry język, pokrzykiwanie na dziennikarzy. Naprawdę idziemy w złym kierunku.

Może chodzi tu o kwestie oszczędności, o to, że partie nie mają pieniędzy na takie szeroko zakrojone akcje szkoleniowe?

Partie mają pieniądze na wybory parlamentarne, a prezydenckie wybory nie podlegają zwrotowi. Skoro Andrzej Duda jest kandydatem PiS-u, to ma pieniądze z PiS-u, a Bronisław Komorowski twierdzi, że jest kandydatem obywatelskim. Platforma może mu więc dać pieniądze, ale nie musi. Tak więc trochę namieszane jest w tym naszym prawie wyborczym.

Z jakimi kosztami muszą się liczyć politycy, którzy chcą skorzystać z porad takiego eksperta?

To wygląda bardzo różnie. Stawki w Warszawie wahają się od 550 do 1500 złotych za godzinę. Wszystko zależy od tego, co jest w tej godzinie, czy kamera, czy dziennikarz, czy też same konsultacje. Bardzo często na przykład jest tak, że wystarczą 2-3 spotkania, żeby zwrócić uwagę na pewne kwestie.

Jak ocenia pan wygląd naszych polityków?

Na szczęście przeszliśmy już etap białych skarpetek i czarnych mokasynów. Co prawda zdarzają się jeszcze krawaty w krówki czy koniki, przeważnie w PSL-u, ale jak popatrzymy na polskich polityków, to wygląd jest już w porządku.

Wciąż jednak dajemy się zwieść takim deklaracjom polityków, którzy mówią: „jestem jaki jestem i się nie zmienię”. Czytałem kiedyś wywiad z prezydentem Kaczyńskim, który mówił, że nie będzie poddawał się żadnym obróbkom PR-owców, bo ludzie kupili go takiego, jakim jest. To jest z gruntu fałszywe, bo na bilbordach i spotach widzieliśmy później człowieka, który był przygotowywany przez specjalistów. Oczywiście, jeśli wizerunek odstaje za bardzo, to też niedobrze, ale ludzie wcale nie chcą oglądać polityków takich zupełnie naturalnych.

Wizerunek jakiego polityka oceniłby pan pozytywnie?

Uważam, że takim pozytywnym wyjątkiem jest polityk, z którym nie wiadomo co będzie, bo jest od Palikota, czyli Andrzej Rozenek. Nie powiem, żebym się do końca zgadzał ze wszystkim co mówi, ale to nie o to chodzi. On jest przykładem dobrego polityka na obecne czasy. Potrafi się wypowiedzieć, jest nieagresywny i jest w stanie sformułować więcej niż 5 sensownych zdań na raz. To jest wyczyn.

A zauważył pan jakiś spektakularny, wizerunkowy, nazwijmy to "zjazd"?

Tak, Jan Maria Rokita. To jest wizerunkowy zjazd, nawet dość zaskakujący. Polityk od zawsze, kiedyś nawet przewidziany na premiera. Jednak to, jak potrafił zjechać i w jakim stylu przestał być politykiem, powinno być przestrogą dla innych polityków, że trzeba bardzo uważać na to, co się mówi, co się robi, jak się uzewnętrznia swoje emocje i kogo się ma za partnera życiowego. W przypadku Jana Marii Rokity odbył się zjazd wizerunkowy z dołożeniem żony, która dodała swoją cegiełkę. Oni wizerunkowo poszli na dno totalnie. Pan poseł chyba sobie z tym nie poradził, ponieważ każda kolejna jego wypowiedź była coraz gorsza. Niestety z wizerunkiem jest tak, że buduje się go bardzo długo, ale stracić można w sekundę. Polscy politycy czasem mylą także popularność z wizerunkiem, tymczasem ktoś, kto zyskał popularność, wcale nie musiał jednocześnie zbudować wizerunku.

Załóżmy taką hipotetyczną sytuację, że mamy polityka praktycznie nieznanego, którego partia chce wystawić na przykład w wyborach prezydenckich, więc decydują się na skorzystanie z ekspertów. Jak wygląda takie szkolenie?

Trzeba zacząć od analizy tego, jakie atuty ma kandydat, a co jest w jego strefie rozwoju. Następnie robimy gradację, bo są rzeczy do poprawienia na już, są takie do poprawienia w dłuższej perspektywie i są takie do wypracowania na długi czas. Skupiamy się na rzeczach, które możemy poprawić w krótkim czasie, do tego dobieramy specjalistów i poddajemy takiego kandydata obróbce, co nie jest niczym złym.

Jakich specjalistów może taki polityk mieć do dyspozycji?

Specjalista od wyglądu, czyli stylista, ekspert od wypowiadania się i wystąpień, ekspert od retoryki, ekspert od mowy ciała, zachowań medialnych no i ekspert znający się na mediach. Dobór tych specjalistów zależy oczywiście do finansów.

Jak pan ocenia działalność polityków na portalach społecznościowych?

Myślę, że przeciętnie. Mało jest polityków w Polsce, którzy potrafią wykorzystywać portale, czy w ogóle internet jako narzędzie. Najbardziej spektakularnym przykładem był Radosław Sikorski, który do pewnego momentu je wykorzystywał, a później się okazało, że zadziałało to przeciwko niemu. Inni politycy incydentalnie coś tam zamieszczają, ale nie ma w tym nic interesującego. To nie funkcjonuje. Myślę, że nasi politycy nie wierzą, że może im to pomóc, wolą pokazać się w jednym czy drugim programie telewizyjnym. Poza tym, to są media groźne, bo mieszają się w nich przestrzeń prywatna z przestrzenią publiczną. Polityk siedzi w kapciach we własnym fotelu i pod wpływem emocji pisze coś na Twitterze, czyli wysyła komunikat w przestrzeń publiczną, często taki, który do niej nie przystaje.

Czy polscy politycy bywają celebrytami?

Polityka jest obecnie absolutnie gałęzią show-biznesu. Natomiast politycy muszą się zdecydować, czy chcą być bardziej w show-biznesie, czy bardziej w polityce. Polityka, choć fascynująca, bywa nudnawa, a show-biznes to szybki blichtr, więc wybór bywa trudny i niektórzy się gubią. 

*Mirosław Oczkoś - aktor, reżyser filmowy i telewizyjny, specjalista Public Relations w zakresie pracy z głosem, autoprezentacji i mowy ciała. Trener/konsultant min. polityków, menadżerów. Wykładowca w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Na rynku właśnie ukazał się jego poradnik zatytułowany "Sztuka mówienia bez bełkotania i faflunienia"