Po tej kampanii prezydenckiej można mówić o fenomenie antysystemowców?

Myślę, że tak. Wiele grup społecznych jest wściekłych na polityków. I panicznie poszukują apolitycznej alternatywy. Trochę przypomina to sytuację z antyglobalistami. Nie mieliśmy co prawda kryzysu na miarę greckiego czy hiszpańskiego, ale i tak bardzo wiele osób jest niezadowolonych np. z systemu ochrony zdrowia, wymiaru sprawiedliwości czy ze swoich pracodawców. Radykalnie niezadowolony chociażby z jednego aspektu życia społecznego jest każdy Polak. Jeśli uzbiera się więcej aspektów tego niezadowolenia, to wtedy tworzy się grupa poparcia dla takich antysystemowców.

Hitem sieci jest Grzegorz Braun rozprawiający się z etosem „Gwiezdnych wojen”, Korwin-Mikke gwarantuje show na każdym spotkaniu z mediami, a Kukiz używa sformułowań typu banda okrągłego stolca.

A nie ma w internecie memów na temat Bronisława Komorowskiego czy Andrzeja Dudy? W odniesieniu do każdego z kandydatów mamy do czynienia z kabaretem internetowym, każdego dało się na czymś przyłapać i mieć z tego ubaw. Kandydaci z końca stawki są oszczędzani, bo są mało rozpoznawalni. A ci najpopularniejsi często zapracowali na swój marny los, jak np. Janusz Palikot.

Co w takim razie powinni zrobić antysystemowcy, by stać się realną konkurencją polityczną dla partyjnych kandydatów i alternatywą, której wyborcy nie będą się bać lub nie będą się z niej śmiać?

Gdyby spełnili warunek, zgodnie z którym przestaniemy się ich bać, to zaprzeczyliby temu, co sami oferują. Bo oni oferują zburzenie tego porządku. Dlatego trzeba się ich bać, jeśli będą naprawdę blisko realnej władzy. Moim zdaniem, nawet jeśli rosną w siłę, nigdy nie zbliżą się do tej prawdziwej władzy choćby na odległość Stana Tymińskiego. Moim zdaniem nie powtórzą już tego fenomenu.

ZOBACZ TAKŻE: Informacje, wyniki, sondaże... Wyborczy serwis dziennik.pl>>>