Francja jest w szoku i długo jeszcze będzie, bo takiego zmasowanego ataku na obywateli francuskich faktycznie jeszcze nie było. W styczniu był atak na redakcję „Charlie Hebdo”, w wyniku którego zostało zabitych kilkunastu dziennikarzy i pracowników gazety. Niedługo potem, w odstępie kilku dni były strzelaniny w różnych miejscach Francji.

Teraz mamy jednak do czynienia z zupełnie inną sytuację. Chodzi o skalę i koordynację. Wtedy zginęło w sumie ponad 20 osób. W ciągu (wliczając ataki na sklep żydowski) tygodnia. Teraz w jednym dniu, niemal w tym samym czasie doszło do kilku potężnych ataków.

Restauracja kambodżańska, stadion piłkarski i sala koncertowa znajdują się w różnych częściach Paryża. Niemożliwe, by ci sami mordercy – bo to mordercy, terrorysta to eufemizm – byli w stanie tak szybko się przemieścić. W restauracji do ludzi strzelano, na stadionie – na którym nomen-omen rozgrywał się symboliczny mecz Francja-Niemcy – podłożono bomby (ponoć to byli kamikadze), w sali koncertowej użyto granatów. Zatem skala jest o wiele większa – bo już teraz mówi się o co najmniej 150 zabitych. A liczba niestety z każdą chwilą rośnie. To zupełnie inny zatem atak niż ten ze stycznia.

W 2005 roku byłam w Londynie wtedy, kiedy doszło do zamachów terrorystycznych. W krótkim czasie doszło do kilku ataków bombowych: w stacjach metra i autobusie. Bilans ofiar to ponad 50 osób, w tym kilka Polek. Oczywiście zamachy w Paryżu przyniosły o wiele więcej ofiar, podobny jest jednak mechanizm: jednoczesny atak w kilku miejscach. I cel – wywołanie jak największego przerażenia, dezinformacji i paniki. To nie jest coś wyjątkowego.

Celem terrorystów jest wywołanie atmosfery strachu i paniki i zwrócenie na siebie uwagi, stąd atakują miejsca najczęściej uczęszczane, najbardziej popularne. Częstym obiektem ataku są środki transportu, stadiony, sale koncertowe. Najlepiej w dużych miastach, tak by atak wzbudził jak największe zainteresowanie mediów i odbił się echem. Tak, jak stało się to w 2001 roku w Nowym Jorku i w 2005 roku w Londynie, gdzie zamachy były nie tylko krwawe, ale i spektakularne. W lutym w Tunezji. I teraz w Paryżu.

Za wcześnie jeszcze, by powiedzieć, kto dokładnie zlecił piątkowe zamachy. Świadkowie mówili, że terroryści krzyczeli o „zemście za Syrię” i stały okrzyk islamistów „Allach akbar!”. Podejrzewa się powiązania terrorystów z tzw. Państwem Islamskim. Czy sami sprawcy byli muzułmanami?

Media unikają odpowiedzi na to pytanie, bo jest ono szczególnie drażliwe w coraz bardziej muzułmańskiej Francji. Ale politycy skrajnej prawicy tacy jak np. były euro poseł Phillippe de Villiers już wskazują winnego.

Winna jest postępująca meczytazacja Francji – napisał na Twitterze polityk. Marine Le Pen była nieco bardziej wstrzemięźliwa, zapewniła jednak, że nie przerwie kampanii wyborczej (przed wyborami regionalnymi).

Francja jest na razie jeszcze w szoku, ale jutro nie będzie lepsze. Bo jeśli okaże się, że faktycznie terroryści mieli powiązania z islamistami, to będzie miało przełożenie na wzrost napięcia. We Francji mieszka kilka milionów muzułmanów. Są miasta, takie jak np. Marsylia, w której przybysze z Maghrebu głównie stanowią większość mieszkańców. W Paryżu są getta arabskie. 10 lat temu wybuchły tam duże zamieszki, ostro stłumione przez ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, Nicolasa Sarkozy’ego, któremu antyislamska retoryka pomogła w zwycięstwie w wyborach prezydenckich.

Prawda jest taka, że mur między muzułmanami a rdzennymi mieszkańcami Francji (waham się jak ich określić, czy jeszcze jako chrześcijan czy też jako laików?) rośnie. I nieislamcy mieszkańcy Francji coraz bardziej po prostu boją się muzułmanów. Którzy są roszczeniowi, agresywni i sfrustrowani, także z powodu złej polityki francuskiej.

Francja chciała taniej siły roboczej, dlaczego otworzyła swoje granice dla przybyszów z jej byłych kolonii: z Algierią na czele. Władze francuskie nie chciały, by ci ludzie i ich dzieci dostąpili awansu społecznego. Mieli pozostać tylko niewykwalifikowani robotnikami, żyjącymi w gorszych dzielnicach. Dla uspokojenia nastrojów karmiła ich hojnymi zasiłkami socjalnymi. To mieszanka wybuchowa.

Efekt jest taki, że w całej Francji są teraz getta muzułmańskie. A do tego dodajmy obecną falę uchodźców – to, co się dzieje w Calais to przedsmak. Złe warunki dla uchodźców, ale też i ich agresja rosnąca fizyczna to tylko przedsmak tego, co może się dziać. Najgorsze, co mogłoby się teraz Francji przytrafić to eskalacja napięcia między muzułmanami i niemuzułmanami. Wzajemne ataki i zamieszki.

Politycznie powinna na tym skorzystać skrajna prawica. Tym bardziej, że już teraz sondaże dają pani Le Pen coraz silniejsze poparcie. Ale pamiętajmy co się dzieje wokół: ostatnio pojawił się pomysł stworzenia wspólnych list socjalistów i tradycyjnej prawicy byłego prezydenta Sarkozy’ego. Wszystko to po to, by nie dopuścić Le Pen do zwycięstwa. Zatem mainstream będzie się starał stworzyć rodzaj kordonu sanitarnego wokół Frontu Narodowego.

Przypomina to bardzo scenariusz nakreślony przez Michela Houllebecque’a w jego „Uleglości”. Brakuje tylko jeszcze przedstawiciela partii islamskiej, który stałby się rywalem pani Le Pen w wyścigu prezydenckim.

Francja ma wielki problem. Chyba właściwie teraz prawie nie do rozwiązania. Problem mają też inne kraje, zwłaszcza te, które terroryści określili jako następne cele: Wielka Brytania, Stany Zjednoczone. W Europie komplikuje to wszystko dodatkowo kwestia uchodźców i imigrantów. Po zamachach we Francji dalsze otwieranie przed nimi drzwi do Europy jest jeszcze bardziej wątpliwe. Nie chodzi o potencjalne zagrożenie, jaką mogą stanowić niektórzy z nich. Ale o ich własne bezpieczeństwo. Ich pojawienie się będzie budzić napięcie. W Niemczech już teraz nie ma dnia, by nie dochodziło do ataków na ośrodki dla uchodźców.

Francja jak na razie wprowadza stan wyjątkowy i zamyka granice. Belgia wprowadza kontrolę na granicy z Francją. Czy to koniec strefy Schengen? Trudno jeszcze definitywnie powiedzieć. Na razie jest czas na po prostu ludzką solidarność z Francją, ofiarami zamachów i ich bliskimi.