Ciekawostką jest, że Martin Schulz skończył tylko szkołę średnią, nie podchodząc do matury. Ale pomimo braków w wykształceniu jest erudytą i poliglotą, dobrze posługującym się francuskim i angielskim (a także hiszpańskim). Przez całe lata zawodowo pracował w księgarni, potem miał nawet swój własny sklep z książkami. A przygodę z polityką zaczął już jako 19-latek - zapisał się wówczas do niemieckiej partii socjalistycznej, której członkiem jest do dzisiaj. W wieku 31 lat został najmłodszym burmistrzem w regionie Nadrenii i Westfalii - miasteczka Würselen (sprawował tę funkcję do 1998 roku).

Teraz jest, po raz drugi z rzędu (co jeszcze nikomu przedtem się nie udało), przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Jeśli chodzi o staż europoselski, to zalicza się do tutejszych rekordzistów - po raz pierwszy został wybrany prawie 22 lata temu i od tej pory bez przerwy jest europosłem. Zanim po raz pierwszy został szefem PE (w 2012 roku), był m.in. szefem frakcji socjalistycznej i szefem licznych komisji parlamentarnych. Parlament Europejski, od strony mechanizmów, kruczków prawnych i ludzi, zna od podszewki. I jest też tutaj od lat jednym z najbardziej wyrazistych polityków. Można się z nim nie zgadzać, a często trudno się zgodzić z jego radykalnymi opiniami, ale nie da się go ignorować. Do historii unijnej przeszła jego polemika, by nie powiedzieć pyskówka, z ówczesnym włoskim premierem Silvio Berlusconim. W 2003 roku Berlusconi przedstawiał w PE program włoskiej prezydencji. Po wystąpieniu głos zabrał Schulz, który nazwał Berlusconiego troglodytą i mafiosem. - Mój przyjaciel, producent filmowy, kręci film o Auschwitz. Zaproponuję pana do roli kapo - odparował Berlusconi. I to jego odpowiedź została zapamiętana, wywołując powszechne oburzenie. Prowokacyjne słowa Schulza przemilczano.

Schulz słynie z niewyparzonego języka i ostrych, bezceremonialnych wypowiedzi. Ale jak twierdzą jego współpracownicy, wbrew pozorom nie jest rozemocjonowanym awanturnikiem. On doskonale panuje nad tym, co mówi, i wie, na ile sobie może pozwolić. Uderza głównie w kraje i osoby, będące dyżurnymi chłopcami do bicia: Berlusconi, Viktor Orban, Jarosław Kaczyński. Polska pod rządami PiS nie raz była obiektem jego ataków. Po raz pierwszy w czasie pierwszych rządów PiS w latach 2005-2007. Słynna była debata o Polsce w kontekście zarzucanej jej ksenofobii, antysemityzmu i rasizmu.

Po objęciu stanowiska szefa Parlamentu Schulz, co było wyraźnie widać, złagodniał i stał się bardziej umiarkowany w słowach. Skąd ta zmiana? Po pierwsze szef europarlamentu to jednak nie szef określonej frakcji politycznej i powinien być bardziej negocjatorem niż wyrazistym przedstawicielem określonych poglądów. Ale była też inna, ważniejsza przyczyna: Schulz liczył wówczas, że to on przejmie po Jose Manuelu Barroso Komisję Europejską. Stąd o wiele bardziej stonowane wypowiedzi. Kiedy się stało jasne, że szefem Komisji zostanie jednak chadek, Jean-Claude Juncker, a Schulz po raz drugi zostanie szefem europarlamentu, Niemiec wrócił do dawnej retoryki.

Skąd się biorą jego obecne ciosy wymierzone w Polskę? Z kilku powodów. Po pierwsze, zwłaszcza w Niemczech Polska jest teraz etatowym chłopcem do bicia. Po drugie (a jest to też powiązane z punktem pierwszym), mówiąc o zagrożonej demokracji w Polsce, można odwrócić uwagę od samych Niemiec, naprawdę zagrożonych wybuchem potężnych zamieszek i mających faktyczne problemy z wolnością słowa. Zamiast mówić o problemach wywołanych przez niefrasobliwą politykę "willkommen" kanclerz Merkel, Schulz mówi o problemach polskich. To wygodniejsze, łatwiejsze i w dodatku gwarantuje dobry odbiór w Niemczech.

A z tym z kolei wiąże się trzeci punkt: dalsza kariera Martina Schulza. Jego szanse na trzecią kadencję jako szefa PE są znikome - byłby to precedens, mogący wywołać oburzenie innych grup politycznych w PE. Zatem Martin Schulz celuje w stanowisko Donalda Tuska, szefa Rady. Co prawda nie jest byłym premierem ani przynajmniej ministrem spraw zagranicznych, ale jest postacią znaną w europejskiej polityce. A jak za rok kolejnym szefem europarlamentu, zgodnie z umową, zostanie polityk chadecki, to socjaliści będą się czuli poszkodowani - z czterech najważniejszych unijnych stanowisk będą mieli tylko jedno (szefowej unijnej dyplomacji). Gdyby udało się pożegnać po pierwszej kadencji z Tuskiem, stanowisko po nim mogłoby przypaść socjalistom. Schulz pasowałby do tej układanki.

Jednak jego dodatkowym mankamentem, z którym musiałby się uporać, jest stosunkowo niewielka do tej pory popularność w Niemczech. W kręgach politycznych jest znany, ale szerszej publiczności nie za bardzo. Regularne wystąpienia w mediach, w dodatku z jakże nośnym tematem krytykowania "tej strasznej Polski", dają mu większą rozpoznawalność. A większa popularność sprawi, że i kanclerz Merkel będzie się z nim musiała bardziej liczyć. Po raz kolejny Schulz udowadnia, że pod warstwą kontrowersyjnych słów kryje się chłodno wykalkulowany plan polityczny.