Poczułem się lekko zaniepokojony, bo zawsze uważałem, że – z racji doświadczenia – znam się na alkoholach nawet ciut lepiej niż na samochodach. A tu taka wpadka. Z ciekawości zerknąłem zatem, które wina zdaniem bardzo mądrych, wykształconych kiperów zasługują na najwyższe noty i dlaczego. I bardzo szybko doszedłem do wniosku, że rynkiem tym rządzi tylko jedna prosta zasada: wino jest tym lepsze, im wyższą ma cenę. De facto upijacie się więc pieniędzmi. W okolicach 100 zł jesteście już tak narąbani, że gdy zanurzacie nos w kieliszku, to jesteście w stanie odnaleźć w nim nutkę poziomki, karmelu, kory sosny, a być może nawet suszonych kozich bobków i przechodzonych skarpet. Myślicie, że sam to wymyśliłem? To posłuchajcie tego: „Fermentowane w beczce na dzikich drożdżach, więc nie ma tu marakui z puszki, za to są nuty skoszonej trawy i szałwii”. I to wszystko w butelce trunku, który – jak do tej pory mi się wydawało – normalnym ludziom służy do tego, aby zapomnieć o ciężkim dniu lub szybciej strawić schabowego.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w rzeczywistości kiperzy nie testują win, lecz asortyment sklepów z dopalaczami. Skończyli filozofię, ale nie byli w stanie znaleźć po niej żadnej sensownej pracy i ostatecznie stanęli na straży stoiska z alkoholem w Tesco. Gdyby żyli 2000 lat temu i przez przypadek trafili na wesele w Kanie Galilejskiej, na którym Jezus zamienił wodę w wino, to dzisiaj Biblia miałaby kilka rozdziałów mniej – po prostu szybciej doszłoby do ukrzyżowania. Obecnie ci ortodoksi spluwający do kieliszków przekonują nas, że wydanie 100 zł na butelkę, która zazwyczaj zostaje opróżniona do cna w ciągu kwadransa, to świetna inwestycja. I niezapomniane przeżycie – już następnego ranka poczujecie się, jakby ktoś w środku waszej głowy umieścił granat.

Chcę przez to wszystko powiedzieć, że wino jest jednym z niewielu produktów, w którym jakość nie ma bezpośredniego związku z ceną. Za 15 zł możecie mieć coś, co w pełni was usatysfakcjonuje, zaś za wielokrotność tej sumy – produkt, który waszym zdaniem nadawał się będzie wyłącznie do spuszczenia w toalecie. Zupełnie inaczej jest z samochodami – tutaj cena (prawie) zawsze wiąże się z wyższą jakością, czego najlepszym dowodem jest najnowsze Audi A4.

Wielokrotnie słyszałem, że model ten to tylko „droższy volkswagen passat” i dopłacanie kilkudziesięciu tysięcy złotych za znaczek na masce i klapie bagażnika jest całkowicie bezsensowne. Ale to nieprawda. O ile passata zbudowano porządnie i z bardzo dobrych materiałów, to przy nowym A4 prezentuje się on jak jajko kury przy jajku Fabergé. Możecie uznać mnie za wariata, ale za każdym razem, gdy wsiadałem do audi, towarzyszyło mi uczucie, że wszystko w nim przygotowano specjalnie dla mnie, i to z dokładnością i pieczołowitością godną ludzi, którzy na co dzień zajmują się rozszczepianiem atomu. Pod względem wykonania, ergonomii, czytelności i ogólnego nastroju wnętrza jest to absolutnie najlepszy samochód w swoim segmencie. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Podobnie jak do tego, że ani Mercedes w przypadku klasy C, ani BMW w serii 3 nie przyłożyły się tak, jak Audi do wyciszenia wnętrza. Żadne z nich nie ma też obecnie tak kompetentnego zawieszenia jak A4 – łączącego bardzo wysoki komfort z pewnością i przewidywalnością w prowadzeniu. Dodajcie do tego ekonomicznego (realnie 7 l na 100 km), dynamicznego (niecałe 8 sekund do setki) i wyjątkowego cichego 190-konnego diesla pożenionego z siedmiostopniowym automatem, który zmienia biegi dokładnie w tym momencie, w którym tego oczekujecie, a otrzymacie samochód idealny. Naprawdę nie potrafię wytknąć mu żadnej poważnej wady, choć naprawdę bardzo bym chciał. Dla mnie osobiście problemu nie stanowi nawet przeciętna przestronność tylnej kanapy – bo dzieci zmieszczą się na niej bez trudu.

Chętnie wpisałbym nowe A4 na moją listę „Chcę go mieć”. Ale niestety nie mogę. Jest na nią... za dobre. Tak dobre, że całkowicie pozbawione charakteru. Bmw jest gorsze od niego w wielu aspektach, ale przynajmniej wiadomo, że zbudowano je z myślą o frajdzie po stronie kierowcy. Z kolei mercedes to samochód dla tych, którzy mają 70 lat, a ich żony najwyżej 25. Zaś audi jest doskonałe we wszystkim, jest dla wszystkich, ale w niczym nie jest wyjątkowe. Zapamiętałem je jako dopracowany do perfekcji wóz, ale jednocześnie nie potrafię sobie przypomnieć, jaki miało kolor. A moja żona – gdy to przeczyta – będzie pewnie zaskoczona faktem, że takie auto w ogóle stało przez kilka dni na naszym podjeździe. Po prostu nowe A4 jest jak wino, które piłem w świąteczną niedzielę do obiadu – smakowało mi, ale za żadne skarby nie jestem w stanie przypomnieć sobie choćby jego nazwy.