Gdyby to naprawdę była wojna pozycyjna, byłoby zdecydowanie łatwiej. Okopy, jasne granice, wiadomo, kto jest kim i do kogo pruć. Niestety, polska debata publiczna coraz bardziej przypomina dynamiczną wojnę manewrową: tego samego dnia możemy być za, a nawet przeciw.

Pewien minister nakrzyczał na dziennikarza. Na żywo, w programie telewizyjnym. Powodów trochę miał, bo rzeczywiście redakcja, w której ów dziennikarz pracuje, ma nieortodoksyjne podejście do rozdzielania komentarza i informacji. Mimo wszystko jednak – wicepremier, minister kultury rugający dziennikarza – słaba sprawa.

W obronie zaatakowanego niezłomnie stanęli niezłomni. Szkoda tylko, że tej niezłomności zabrakło im rok wcześniej, kiedy ten sam minister, w tym samym studiu, obsztorcował dziennikarkę. Z kolei jej ówcześni obrońcy po roku uznali, że jednak można ganić redaktora w studiu.

Kolejny przykład to kwestia prawa do demonstrowania 13 grudnia i używania symboliki z czasów stanu wojennego. Ci sami, którzy dwa, trzy lata temu mówili o Polsce jako o kondominium, teraz oburzają się na opozycję za podważanie legalności demokratycznie wybranej władzy. Ci sami, którzy dwa, trzy lata temu bronili państwowości niczym Jasnej Góry (nie wiem, czy akurat w tym przypadku ta metafora jest najlepsza), teraz dzielnie rwą szaty w obronie zagrożonej demokracji.

Najgorzej jest jednak z komunistyczną przeszłością i grzebaniem w życiorysach. Raz można, a drugi raz nie. Jednym do twarzy jest z każdą legitymacją partyjną, a innych nawet odsiadka nie oczyści od oczywistego, choć nieudokumentowanego knucia z bezpieką.