W ramach coming outu więc się do czegoś przyznam. Jestem prostym człowiekiem. Gdy dostaję materiały, które są ciekawe i prawdziwe - publikuję. Grzegorz Schetyna, wypowiadając się dzisiaj dla mediów, stwierdził: "jesteście wpisani w polityczną grę". Ameryki co prawda szef Platformy Obywatelskiej nie odkrył, ale jego słowa są od wczoraj aktualne jak nigdy. Tyle że nie widzę nic złego w tym wpisaniu.

We wszystkich mediach społecznościowych toczy się zażarta dyskusja na temat etyki dziennikarskiej. Czy dziennikarze powinni wykorzystywać kwity, które dostają? Czy zadaniem redaktorów szanowanych gazet i portali jest publikowanie informacji, które mogą pomóc jednej opcji politycznej, a zaszkodzić innej? Może media powinny wykazać większą wstrzemięźliwość we wpisywaniu się bieżącą narrację polityczną i jedynie opisywać wydarzenia, a nie je współkreować?

Wszystkie te wątpliwości mnie zaskakują. Bo nie potrafię zrozumieć tego, co złego jest w tym, że dziennikarz pracuje na dokumentach, które od kogoś otrzymał. Na tym chyba między innymi polega praca żurnalistów, czyż nie? Moim zdaniem problem dotyczący etyki mediów zaczyna się wówczas, gdy dziennikarz ma rzetelny materiał, który mógłby zainteresować opinię publiczną, a go nie wykorzystuje.

Obowiązkiem oczywiście jest sprawdzenie tego, czy dostarczona dajmy na to faktura jest prawdziwa, czy fałszywa. Gdyby kwity pogrążające Mateusza Kijowskiego były spreparowane, a media by je opublikowały - świadczyłoby to o ich nierzetelności, pogoni za tanią sensacją. Ale wiemy, że dokumenty są prawdziwe. Dziennikarze potwierdzili te informacje u samego Kijowskiego. A że szkodzą jednym, zaś pomagają innym? Cóż, takie jest życie, że ktoś z reguły korzysta na czyimś nieszczęściu. A media skwapliwie korzystają na nieszczęściach wszystkich. Bad news is good news.

I może nam się to nie podobać, ale warto przyjąć do wiadomości. Mniej rozczarowań w przyszłości. Czy mam więc opory przed wykorzystywaniem informacji pozyskanych od osób, których wcale nie podejrzewam o najczystsze sumienia? Nie mam. Jeśli widzę, że udostępnione materiały są rzeczowe i ciekawe dla opinii publicznej, to z nich korzystam. Robię tak, gdy osoba A dostarczy materiały na osobę B. I robię tak samo, gdy B poinformuje o czymś na temat A. Na tym polega bezstronność. Wszyscy ci, którzy zaś myślą, że media nie żywią się takimi wrzutkami – z całym szacunkiem – są naiwni.

Gdyby jednak nie te "obywatelskie donosy", po dziś dzień nie wiedzielibyśmy przecież o aferach Rywina czy hazardowej. Źle, że się o nich dowiedzieliśmy? Wydaje mi się, że dobrze. I równie dobrze, że wiemy, ile pieniędzy dostawał Mateusz Kijowski z KOD-u. A jak każdy z nas ocenia tę informację, to już zupełnie inna sprawa.