Do tej pory wydawało się, że sprawa dwukadencyjności jest dla PiS jednym ze sztandarowych postulatów. Z jednej strony atrakcyjnym dla jego elektoratu, który liczy na szybkie i zdecydowane działania partii, także na szczeblu lokalnym. Z drugiej - korzystnym dla samego PiS, które nie jest zbyt silne w samorządach. Co prawda ugrupowanie to ma 124 włodarzy w gminach (z czego 42 ma co najmniej drugą kadencję na koncie), a Platforma Obywatelska tylko 54 (32 dwukadencyjnych), to jednak to opozycja rządzi w sejmikach województw i największych miastach. Wizja szybkiej wycinki 1,6 tys. samorządowców dawałaby szansę na "nowe otwarcie" w gminach.

Ale wygląda na to, że sprawa dwukadencyjności staje się PiS coraz bardziej problematyczna. Z niezależnych od siebie źródeł dochodzą do mnie informacje o tym, że partia może ukręcić całej sprawie łeb. A to oznaczałoby, że limit dwóch kadencji wcale nie zacznie obowiązywać, mimo że wszyscy - nawet samorządowcy - tego się spodziewają.

- Prace na razie nie są prowadzone - przyznaje Grzegorz Adam Woźniak z PiS, wiceprzewodniczący sejmowej komisji samorządowej. Nie on jedyny w PiS mówi o problemach związanych z reformą. - Szanse na to, że projekt ustawy zostanie opracowany i uchwalony oceniam na 50:50. Czas ucieka, tak naprawdę powinniśmy zrobić to jeszcze przed wakacjami. A projekt nawet nie powstał - mówi inny poseł PiS.

Plotki dotarły już nawet do przedstawicieli Kukiz’15. Wywodzący się z tego ugrupowania przewodniczący sejmowej komisji samorządowej Andrzej Maciejewski jest tych spekulacji na tyle pewien, że zdecydował się o tym napisać na Twitterze: Nieoficjalnie mówi się w kuluarach Sejmu o wycofaniu PiS z pomysłu o kadencyjności w samorządach - informuje poseł. W rozmowie ze mną wskazuje, że jego źródła są dobrze poinformowane.

Można uwierzyć na słowo, a można spróbować przeanalizować fakty, które tę tezę uprawdopodabniają. Bo gdyby przemyśleć pewien ciąg zdarzeń z ostatnich tygodni, można uznać, że faktycznie coś jest na rzeczy. Na stole mamy kilka kluczowych kwestii:

Opór Jarosława Gowina

Wicepremier (jego ugrupowanie liczy 9 posłów, co daje koalicji PiS bezpieczną większość) jasno na łamach "DGP" zadeklarował, że nie zgodzi się na dwukadencyjność działającą z mocą wsteczną, tzn. by objęła od razu tych samorządowców, którzy mają za sobą dwie lub więcej kadencji. Deklaracje Jarosława Gowina brzmią na tyle poważnie, że trudno sobie wyobrazić, by miał zrobić w tej sprawie ustępstwo. Tymczasem PiS chce wdrożyć reformę od razu, nie interesuje go odkładanie jej o kolejnych 8 lat. Jedyne o czym jest skłonny dyskutować to wydłużenie kadencji np. z 4 do 5 lat. Wygląda więc na to, że obie strony w tej kwestii zwyczajnie się nie dogadają. Teoretycznie można byłoby dobić targu z Pawłem Kukizem i jego ludźmi, ale prawdopodobnie cena, jakiej mógłby zażądać, byłaby zbyt wysoka (spekuluje się o wprowadzeniu w zamian za dwukadencyjność bezprogowych referendów w gminach).

Brak "lidera projektu"

O ile w innej gorącej kwestii, tj. metropolii warszawskiej, prym wiedzie Jacek Sasin (czego pewnie trochę żałuje w związku z burzą, jaką ta sprawa wywołała), o tyle w przypadku dwukadencyjności nie wiadomo nawet, kto prace koordynuje. - Jarosław Kaczyński rzucił kilka haseł, a my teraz musimy przekuć to w propozycje przepisów. Problem w tym, że temat omawiany jest w podgrupach, więc brakuje spójnej wizji. Teraz jeszcze rośnie grono tych, którzy radzą, by teraz tego tematu nie podejmować, bo i tak już jest sporo pożarów do wygaszenia - twierdzi w rozmowie ze mną jeden z posłów partii rządzącej.

Zbyt wiele frontów na raz

Przedstawienie projektu przewidującego dwie kadencje dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast wywoła kolejną wojnę polityczną. Przeciwko sobie PiS ma potężną armię złożoną z opozycji, samorządowców (którzy już podjęli działania m.in. zrzutkę na ogólnopolską kampanię odczarowującą wizerunek władz lokalnych, jaki przez ostatnie tygodnie kreślił PiS) czy niemałego grona ekspertów (prawników, konstytucjonalistów).

Jak do tej pory tych "wojenek" trochę się uzbierało: minister Ziobro forsuje swoją kontrowersyjną reformę sądownictwa, za co już zbiera cięgi m.in. od OBWE. Na wywołaną przez ministra Macierewicza skalę odejść z armii (w tym z GROM-u) zareagował prezydent Duda. Rodzice niedługo odczują realne skutki reformy edukacji minister Anny Zalewskiej (a to może być tykająca bomba). PiS bardzo wiele wizerunkowo stracił na sprawie metropolii warszawskiej, gdzie popełnił chyba wszystkie błędy, jakie były do popełnienia, jeśli chodzi o konsultacje i transparentność całego procesu. Do tego dochodzi minister infrastruktury Andrzej Adamczyk, który w ostatnich tygodniach gęsto próbuje tłumaczyć się ze swojej roli w tzw. aferze Sensus Group (podejrzane kontrakty na ochronę dworców w trakcie Światowych Dni Młodzieży) czy minister środowiska Jan Szyszko, który co chwilę dostarcza mediom nowych tematów - bynajmniej nie związanych z ochroną zagrożonych gatunków czy inwestycjami proekologicznymi.

Coraz głośniej, na fali pikujących sondaży PiS od czasu tzw. brukselskiej katastrofy, spekuluje się o konieczności rekonstrukcji rządu. O tym, że skład personalny rządu może ulec zmianie, i to już po świętach wielkanocnych, na antenie Radia Zet powiedział w tym tygodniu marszałek Senatu Stanisław Karczewski. - Intuicyjnie, to nie będzie głęboka rekonstrukcja. Płytka, być może - uchylił rąbka tajemnicy.

Wszystko to powoduje, że PiS zaczyna się poważnie wahać, czy stać go na otwieranie nowego frontu. Inna sprawa, że jeśli parta rządząca miałaby coś zaproponować, powinna zrobić to już teraz. Istotnych zmian w prawie wyborczym nie można robić na pół roku przed zarządzeniem elekcji przez premiera. Beata Szydło powinna je zarządzić (nie mylić z faktyczną datą wyborów, planowaną na listopad 2018 r.) w okresie 16 lipca - 16 sierpnia 2018 roku. Odejmując od tego pół roku, lądujemy gdzieś na początku przyszłego roku. Czyli wyjście z ewentualnym projektem ustawy po wakacjach sejmowych, gdzieś w okolicach jesieni tego roku, może być już spóźnione. Ale nie chodzi tylko o goniące terminy. To także potrzeba wyraźnego sygnału dla przyszłych kandydatów, według jakich reguły gry wystartują w wyborach. To warunkuje też strategie komitetów wyborczych, a nawet znalezienie odpowiednich ludzi na przyszłe stanowiska. Dziś nikt nic nie wie - zwłaszcza dwukadencyjni wójtowie (także z PiS), którzy nie wiedzą, czy sami powinni szykować sobie kampanię, czy już myśleć o namaszczaniu następców i szukaniu miękkiego lądowania poza polityką.

W całym tym gąszczu sprzecznych interesów i politycznych gierek zastanawia jedno - czy PiS rzeczywiście masowa wycinka samorządowców (głównie z komitetów lokalnych i opozycji) jest w ogóle potrzebna. W końcu partii udało się wypracować sprytne mechanizmy zwiększania swojej kontroli w regionach bez potrzeby ich faktycznego przejmowania. Nie chodzi tu o działania podejmowane np. przez CBA w kolejnych miastach czy szukanie haków na politycznych oponentów. Są bardziej wysublimowane działania. Weźmy np. regionalne izby obrachunkowe, kontrolujące budżety samorządów. W Sejmie jest już projekt ustawy (dziś pierwsze czytanie), który zwiększa wpływ strony rządowej na to, kto będzie zasiadał w komisji konkursowej wyłaniającej prezesów Izb. Podobny mechanizm zastosowano w przypadku wojewódzkich funduszy ochrony środowiska. W dalszym ciągu to marszałkowie województw będą pobierać pieniądze np. w postaci opłat środowiskowych. Ale wpływ na to, gdzie potem te pieniądze zostaną wydane, znów będzie miał rząd. To spodziewany przez samorządy efekt nowych przepisów, które doprowadzą do wymiany personalnej w radach nadzorczych i zarządach wojewódzkich funduszy, obracającymi rocznie kwotami rzędu 8 mld zł.

Oczywiście, wciąż należy się liczyć, że nagle pojawi się "rakieta" w postaci projektu ustawy przewidującego dwukadencyjność samorządowców. PiS jest zdolny do takich zaskakujących, choć czasem nieprzemyślanych, ruchów. Ale trzeba wówczas zdać sobie sprawę, jaką polityczną cenę przyjdzie PiS za to zapłacić. Ostatecznie to może być pyrrusowe zwycięstwo.