Sprawa ograniczenia do dwóch kadencji władzy wójtów, burmistrzów i prezydentów miast jest jednym z priorytetów obecnego rządu. Brakuje jeszcze ostatecznej decyzji, jak szybko nowe reguły powinny zacząć obowiązywać – hamulcowym jest m.in. wicepremier Jarosław Gowin. Jeśli PiS chce wyciąć włodarzy już przy okazji przyszłorocznych wyborów, musi się spieszyć. I planuje, że projekt ustawy pojawi się (a być może również zostanie uchwalony) jeszcze przed wakacjami.
Nie dziwi zatem, że samorządowcy już zastanawiają się, jak zapewnić sobie miękkie lądowanie. Pomysłów im nie brakuje:
1. Rezygnacja kontrolowana
Jak wiadomo, wyborczy topór miałby dosięgnąć tych, którzy mają na koncie co najmniej dwie kadencje. zastanawia się część włodarzy. Wówczas nie będzie mowy o pełnych dwóch kadencjach. Podobnie wygląda sytuacja z tymi, którzy objęli stanowiska w trakcie kadencji, np. po odwołaniu poprzednika w referendum. Pytanie, jak PiS potraktuje takie przypadki i czy w ogóle będzie w stanie je uregulować.
– zwraca uwagę dr Stefan Płażek, adwokat, adiunkt w Katedrze Prawa Samorządu Terytorialnego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jego zdaniem ustawodawca musi postawić precyzyjną cezurę, czyli np. pełne dwie kadencje. – kwituje ekspert.
2. Wyznaczenie następcy
O tej metodzie samorządowcy mówią najczęściej, nazywając ją zgryźliwie sposobem "na Putina i Miedwiediewa"). I przywołują przykład Katowic. Tam w ostatnich wyborach wieloletni prezydent Piotr Uszok "namaścił" swojego następcę Marcina Krupę. Uszok sygnował własnym nazwiskiem komitet wyborczy Krupy, razem pojawiali się na plakatach i spotkaniach. Wyborcom tak jasne postawienie sprawy najwyraźniej się spodobało – Krupa został prezydentem Katowic.
Łatwo sobie jednak wyobrazić, że wyznaczanie następców nie zawsze będzie tak transparentne. A wtedy trudno już będzie mówić o rozbijaniu sitw w samorządach za pomocą limitu dwóch kadencji.
3. Zmiana roli
Wiele zależy od tego, do jakiego organu władzy samorządowiec po dwóch odbytych kadencjach będzie startować. Jeśli będzie to sejmik województwa (z perspektywą zostania marszałkiem) lub w wyborach parlamentarnych (w 2019 r.), wówczas zwolennicy dwukadencyjności będą mogli powiedzieć, że nowe zasady nikogo nie pozbawiły szansy na realizowanie się w innych politycznych rolach.
Ale może być i tak, że wójt czy burmistrz postanowią wystartować do miejscowej rady. Jeśli dodatkowo wyznaczyliby swojego następcę, wówczas trudno będzie uciec od podejrzeń, że były szef gminy rządzi nią z tylnego siedzenia, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności.komentuje jeden z wójtów.
Co więcej, jeśli były wójt (który zostanie radnym) będzie z jakichś względów skonfliktowany z nowym wójtem, wówczas może wykorzystać swoje wpływy, by przeciągnąć grupę radnych na swoją stronę i skutecznie sparaliżować współpracę między organem wykonawczym i stanowiącym.
4. Wujek dobra rada
To również może być sposób na miękkie lądowanie po wyborczej wycince. Były wójt może zostać zatrudniony przez swojego następcę np. w charakterze doradcy, na podstawie umowy cywilnoprawnej. W końcu atutem włodarza – jeśli nie znajomość z obecnym szefem – może być jego doświadczenie polityczne i organizacyjne.
Są też inne opcje, np. stanowisko sekretarza gminy. Wystarczy, że wygra nabór, w którym wśród wymogów stawianych kandydatom są m.in. wykształcenie wyższe i czteroletni staż pracy na stanowisku urzędniczym (w tym min. dwa lata na stanowisku kierowniczym). Dla wójta – jak znalazł.
uważa Grzegorz Kubalski ze Związku Powiatów Polskich.
Przykładów daleko szukać nie trzeba. Gdy obecny prezydent Katowic – wspomniany Marcin Krupa – wygrał wybory, zatrudnił swojego politycznego mentora na stanowisku doradcy. Piotr Uszok był nim do kwietnia 2016 r.
5. Droga sądowa
To już nie tyle pomysł na obejście zakazu szykowanego przez PiS, ile pójście na jawną konfrontację. Plan ten zakłada, że nawet mimo zakazu startowania w wyborach wójtowie będą podejmowali próbę zarejestrowania się jako kandydaci. Jeśli nie będzie to możliwe, sprawę skierują do sądów. tłumaczy nam jeden z samorządowców.
Jak pomysły samorządowców oceniają przedstawiciele PiS? ironizuje jeden z posłów ugrupowania. Ale jego partyjny kolega Grzegorz Adam Woźniak (jednocześnie wiceprzewodniczący sejmowej komisji samorządowej) przyznaje, że wszystkiego uregulować się nie da. mówi poseł Woźniak. zapewnia.