Zazwyczaj zaraz po niej następował cały katalog realnych i domniemanych patologii Platformy. Z dwoma morałami do wyboru. Pierwszym: „Tak dalej być nie może”, używanym wtedy, gdy zarzucano rządzącym z PO i PSL naganne praktyki. Drugim: „My damy radę”, gdy chodziło o kwestie, w których przewijał się wątek nieudolności i tekturowego państwa.

Jednym z najsilniej krytykowanych zjawisk miało być partyjniactwo i delegowanie do zarządzania państwowymi spółkami osób z nadania rządzącej partii. Faktycznie takie przypadki były. Minister skarbu Aleksander Grad po odejściu ze stanowiska trafił jako prezes do spółki PGE odpowiedzialnej za przygotowanie budowy elektrowni jądrowej. Elektrownia nie powstała i nie wiadomo, czy w ogóle powstanie. Z kolei do zarządu PKN Orlen niemal wszedł odpowiedzialny za wizerunek premiera Igor Ostachowicz. Niemal, bo fala krytyki, która przelała się przez media, spowodowała, że Ostachowicz w końcu wylądował w prywatnym biznesie. Działacze związani z poprzednim obozem władzy pojawiali się w mniejszych spółkach. I w  każdym takim przypadku politycy PiS, na ogół słusznie, mówili: „Tak dalej być nie może”.

Co więcej, na zapleczu Donalda Tuska pojawił się pomysł komitetu nominacyjnego, który miał typować dla ministra skarbu osoby z wysokimi kwalifikacjami. Spośród nich szef resortu miał wybierać prezesów spółek i ich zastępców. Projekt trafił do Sejmu i tam – m.in. przy sprzeciwie Grzegorza Schetyny – zakończył życie. W tym przypadku też można było usłyszeć „Tak dalej być nie może”. Choć nieco ciszej, bo wielu polityków PiS zaczęło się zastanawiać: „OK, a co będzie, jak przejmiemy władzę?”.

Właśnie dlatego po przejęciu władzy konkluzja została zmieniona na: „Damy radę”. Do spółek zaczęli trafiać byli i obecni politycy PiS, działacze tej partii czy osoby zaufane. Szerzej – klienci partii rządzącej. Na początku były to osoby z doświadczeniem czy obyte w  danej dziedzinie. W tym kontekście wcale nie musiała dziwić nominacja Wojciecha Jasińskiego na prezesa PKN Orlen. W końcu był wcześniej ministrem skarbu, doświadczonym posłem zajmującym się polityką właścicielską i wchodził do strategicznej z punktu widzenia państwa spółki. Do PKO BP trafił też kojarzony z gospodarczym skrzydłem partii Maks Kraczkowski.

Jednak spółek do obsadzenia było coraz więcej i coraz szerzej sięgano do zasobów kadrowych. „Drugich pisatielej u nas niet” – trawestują politycy PiS za Jarosławem Kaczyńskim anegdotyczną odpowiedź Stalina na pytania o poziom sowieckiej literatury. To motto polityki kadrowej sprowadza się do zasady: rządzimy tym, kogo mamy. Najnowszym świadectwem, że PiS daje radę, ma być Małgorzata Sadurska, szefowa Kancelarii Prezydenta. Doniosły o tym nieoficjalnie radio Zet i  PAP, a RMF szybko podliczył, że jako członek zarządu spółki PZU Sadurska może zarabiać nawet 90 tys. zł. To zawrotna suma nawet dla szefowej Kancelarii Prezydenta, bo oznacza kilkukrotne zwiększenie jej zarobków.

Oczywiście nie jesteśmy dziećmi. Obsadzanie zaufanymi ludźmi spółek jest politycznym abecadłem. Wynika z jednej strony z partyjnej logiki, bo swoich trzeba nagradzać i promować. Z drugiej – nie chodzi tylko o konfitury. Ponoszenie odpowiedzialności za rządzenie oznacza także kontrolę nad strategicznymi punktami na politycznej mapie. A na gospodarczej części tej mapy takimi strategicznymi punktami są spółki Skarbu Państwa. Tylko czy prawnik i polityk z  doświadczeniem w Sejmie jest na pewno osobą wymarzoną do zarządu największego polskiego ubezpieczyciela?

Małgorzata Sadurska ma staż sejmowy i zaliczyła członkostwo w komisjach związanych z prawem czy administracją. Jej sejmowy profil – jeśli można tak powiedzieć – wskazuje, że lepiej dałaby sobie radę w MSWiA czy straży pożarnej. Niekoniecznie w zarządzie spółki ubezpieczeniowej. Nie wiadomo, na ile w PZU przyda jej się doświadczenie z pracy na stanowisku szefa Kancelarii Prezydenta.

Jak słynny Staszek teraz Małgorzata idzie się sprawdzić w  biznesie. Dla niej to na pewno dobrze: zyska doświadczenie, poszerzy zawodowe horyzonty i nabędzie nowe kwalifikacje. Pytanie, czy takie same korzyści wyniesie z tej współpracy spółka. Może lepiej było znaleźć kandydata czy kandydatkę z legitymacją PiS, ale z doświadczeniem w branży, odpowiednim wykształceniem, nawet młodszego. Takiego, który nauczy się, a potem tę wiedzę wykorzysta w innej firmie. Bo mam takie przeczucie, że jeśli Małgorzata Sadurska trafi dziś do PZU, to następną ofertą pracy dla niej będzie start z list PiS w kolejnych wyborach, a  tych w ciągu trzech lat nie braknie.

Przy okazji nasuwa się pytanie, czy do zapowiadanego wejścia w skład zarządu PZU skłoniła szefową Kancelarii Prezydenta faktycznie wewnętrzna potrzeba rozwoju, czy może przemeblowania w Pałacu Prezydenckim. Andrzej Duda remontuje swoje zaplecze i wydaje się, że w nowym układzie dla Małgorzaty Sadurskiej nie było miejsca. Tym bardziej że współpracownicy Dudy sugerują, iż była lojalna przed wszystkim wobec Nowogrodzkiej. Może się więc okazać, że przeprowadzka do biznesu to nie nagroda, ale rodzaj zesłania – dla osłody z pensją, o której może pomarzyć większość wyborców.

Jeśli tak jest, to czy faktycznie klienci PZU powinni sponsorować takie polityczne przeprowadzki? Oni w przeciwieństwie do rządzących nie muszą przytaknąć: „Damy radę”. Mogą sobie wybrać innego ubezpieczyciela.

Obsadzanie zaufanymi ludźmi spółek to polityczne abecadło. Swoich trzeba promować. Nie chodzi tylko o konfitury. Ponoszenie odpowiedzialności za rządzenie oznacza kontrolę nad strategicznymi punktami