W efekcie nie wiadomo nawet, co Kaczyński miał na myśli, mówiąc o "rekonstrukcji". Czy przepowiadaną coraz głośniej zamianę premier Beaty Szydło (mijają właśnie dwa lata od jej powołania) na samego Kaczyńskiego? Tu jako datę wskazuje się listopad.

Cała historia pokazuje jednak, że opowieści o jakimś fundamentalnym starciu, o upokarzaniu prezesa PiS przez prezydenta, to mit. Produkowany przez tych, którzy na takiej wersji zdarzeń zyskują, choćby stronników Zbigniewa Ziobry, który kompromisu raczej nie chce. A w szerszym sensie przez pisowskich radykałów budujących swoją pozycję na wiecznym biciu na alarm.

Powody owego grzęźnięcia mogą być bardziej prozaiczne. Samo przebrnięcie przez te poprawki, dotyczące nie tylko najbardziej fundamentalnej różnicy, czyli pytania, jak ma być wybierana KRS, zajmuje czas. A pojawienie się wątku rządowej rekonstrukcji pokazuje, że ci, którzy uznają wojnę PiS z prezydentem za najważniejsze zdarzenie w Polsce, mogą być przysłowiowymi generałami toczącymi przeszłe wojny. Na razie nie stało się jeszcze nic dramatycznego.

Chociaż na przekór wieściom o dobrej atmosferze na spotkaniu, pojawiły się i sygnały odwrotne. Choćby radiowe wypowiedzi doradcy prezydenta Zofii Romaszewskiej powątpiewającej w demokratyczne intencje prezesa PiS. Otoczenie prezydenta pytane o to, udziela sprzecznych odpowiedzi. Z jednej strony takiej, że pani Romaszewska jest niesterowalna i mówi we własnym imieniu, a poirytowało ją mnożenie nowych poprawek przez resort Ziobry. Z drugiej takiej, że to środek dodatkowego nacisku na PiS.

Jeśli prawdziwa jest ta druga wersja, prezydent może się przeliczyć. Argumentacja Romaszewskiej jest szczera. Coś podobnego mówiła ona już przed czterema laty w książce - Jarosław Kaczyński wtedy nawet nie rządził. Ale zarazem ta argumentacja uderza w czuły punkt - i elektoratu PiS, i zapewne samego Kaczyńskiego. Pragmatyzm prezesa jest większy niż jego wyznawców, ale nie jest to naczynie bez dna. Emocje mają spory wpływ na jego decyzje.

A sił dodają mu dobre wyniki w sondażach. Przypuśćmy, że za dwa lata PiS zyskałby w nowych wyborach większość umożliwiającą obalanie wet. Głowa państwa przestałaby być potrzebna. Do tego czasu można się przemęczyć, ograniczając agendę do administrowania.

Kaczyński chce, jak się zdaje, szczerze uchwalenia ustawy o sądach. I całkiem możliwe, że planuje rekonstrukcję, podczas której - jeśli zamierza wymienić premiera - przydałaby mu się przyjazna neutralność prezydenta. Jakie cele ma jednak coraz potężniejszy minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro?

Dla niego zerwanie rokowań i niepowodzenie całej zmiany w sądownictwie może być nawet dobrym finałem. On wie, że ta reforma bardziej uzależniłaby sądy od obozu rządzącego, ale raczej nie poprawiłaby ich pracy. Lepiej więc podrażnionym ludziom oblegającym dziś biura wielu parlamentarzystów PiS ze swymi opowieściami o sądowych nieprawościach (tak się naprawdę dzieje) oferować narrację o tym, że się nie udało. I wskazać winnego: prezydenta. Resztę zrobią związani z obozem rządowym komentatorzy opowiadający o zdradzie i spisku, o inspiracjach WSI, o opleceniu kancelarii przez ich macki.

W tej opowieści Ziobro jest autorem przełomu, który z powodu zdrady nie nastąpił. Został zablokowany. To gwarantuje temu politykowi trwałe miejsce pośród liderów rządzącego obozu. To samo dotyczy skłóconego z urzędem prezydenckim Antoniego Macierewicza. Radykałowie już dziś wierzą w taką wersję zdarzeń. Pytanie, w co wierzy Jarosław Kaczyński. Jaką ma hierarchię celów.