Jeśli szukać idealnej definicji populizmu w ukraińskiej polityce, wyczerpuje ją nazwisko Micheila Saakaszwilego. W Gruzji, którą rządził przez dwie kadencje jest skończony z powodu afer. W Europie i USA buduje legendę osobistego wroga Władimira Putina. Nad Dnieprem kreuje ikonę naczelnego bojownika w wojnie z korupcją i marzy o buncie, który wyniesie go na szczyt władzy. Temu ma służyć kieszonkowa rewolucja, którą próbuje wywołać na Ukrainie. Saakaszwili od pewnego czasu rozpowszechniał informacje o tym, że lada chwila zostanie aresztowany. Tak jakby czekał na obrazki ze sobą w kibitce, które uwiarygodnią go jako męczennika i dostarczą paliwa protestom.

Teraz albo nigdy - nawoływał wczoraj do impeachmentu prezydenta. Dyplomaci z USA i Unii Europejskiej w Kijowie studzili nastroje, apelując o nieeskalowanie napięcia. Ostatnie, czego chcą zachodnie ambasady, to niekontrolowana zmiana.

Marsz Saakaszwilego po władzę ma silny wątek polski. Kluczowymi postaciami w nim są, niezależnie od siebie, dwie osoby – Leszek Balcerowicz i Jacek Saryusz-Wolski. Pierwszy – jesienią 2015 r. - przyczynił się do zablokowania Saakaszwilego na drodze do objęcia stanowiska premiera, co stało się początkiem końca sięgającej czasów studenckich i kijowskiego akademika przyjaźni Gruzina z Petrem Poroszenką. Ukraiński prezydent zamiast kolegi wybrał - jak to określił sam Saakaszwili - naftalinowego Balcerowicza. Choć ten ostatecznie odmówił.

Z kolei Saryusz-Wolski dał nadzieję na rewanż. Jesienią tego roku rozmawiał z Saakaszwilim, jego taktyczną sojuszniczką Julią Tymoszenko i byłym szefem Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) Wałentynem Naływajczenką w Rzeszowie. Po spotkaniu w kawiarni Stary Piernik Gruzin najpierw wsiadł do pociągu, a następnie został dosłownie wniesiony na Ukrainę przez swoich zwolenników. Wczoraj ten marsz miał swój kulminacyjny moment. Na dachu kamienicy przy ul. Kościelnej, na którym doszło do szarpaniny Saakaszwilego z funkcjonariuszami podległej SBU jednostki Alfa i w okolicach stołecznego pl. Europejskiego, gdzie zebrał się tłum jego zwolenników.

Rzeszowskie spotkanie można do pewnego stopnia uznać za projekcję nadziei, które z Saakaszwilim wiąże część polityków PiS. Gdyby przypadkiem okazało się, że jego kieszonkowa rewolucja doprowadziła do przedterminowych wyborów, jest szansa na przetasowania w elitach władzy. On sam zbyt krótko przebywa na Ukrainie, by ubiegać się o mandat deputowanego lub stanowisko prezydenta. Ma jednak prawo objąć fotel premiera. Realizacja takiego wariantu oznaczałaby zupełnie nową dynamikę w stosunkach Warszawa - Kijów.

Saakaszwili darzy autentycznym szacunkiem nieżyjącego Lecha Kaczyńskiego. Uznaje również autorytet jego brata - Jarosława. Z kolei PiS liczy, że jego ewentualna kariera pozwoliłaby zamknąć lub częściowo wyciszyć spór historyczny z Ukrainą. I powiększyć grono tych, z którymi można w Kijowie coś rzeczywiście uzgodnić (po wojnie o pomniki i zredagowaniu list osób objętych zakazem wjazdu, dziś nie ma ich zbyt wielu). Minusem Saakaszwilego na ważnym stanowisku państwowym jest jego nieprzewidywalność i impulsywność. Czyli zestaw cech, z których mogliby chcieć skorzystać Rosjanie. Jednym ze strategicznych celów Kremla jest próba skompromitowania władz w Kijowie. Prezentowania elit rządzących jako zagrożenie dla bezpieczeństwa w regionie.

W rozmowie z DGP - przeprowadzonej w okresie, gdy przynajmniej formalnie przyjaźnił się z Petrem Poroszenką - Saakaszwili przekonywał, że jego celem jest wydostanie Ukrainy z dna, na którym się znalazła w wyniku złodziejskich rządów biznesowych klik. Gdy jednak przez krótki czas po Majdanie z nadania prezydenta był gubernatorem obwodu odeskiego, poza groteskowym stylem nie dał się poznać jako zdolny reformator. Najsprawniej wychodziły mu konferencje prasowe, na których obiecywał wszystko wszystkim. I blatowanie się z lokalnymi elitami oligarchiczno-mafijnymi. Wielu uważa, że jego ewentualne rządy oznaczałyby kontynuację, a nie zmianę, w ukraińskiej polityce.