Nie chodzi o to, że przepadł obywatelski projekt liberalizacji przepisów antyaborcyjnych, a raczej o to, że opozycja była kompletnie zaskoczona rozwojem wypadków. To Prawo i Sprawiedliwość kontrolowało sytuację. Czołówka polityków tej partii, konkretnie jedna czwarta klubu parlamentarnego, zagłosowała za dalszą pracą nad dokumentem, by dowieść, że szanuje obywatelską inicjatywę. Opozycja ewidentnie dała się zaskoczyć, ale nie tym, że projekt upadł, bo z tym się liczyła, lecz tym, że to ona została obarczona za to winą. I od tej pory zaczęła popełniać błąd za błędem.

Po pierwsze, nie miała czytelnego przekazu wobec inicjatywy „Ratujmy kobiety”. Ani Platforma, ani Nowoczesna nie mogły się zdecydować, jak podejść do sztandarowego projektu lewicy, nie tylko wywracającego obecny kompromis aborcyjny, ale idącego stanowczo za daleko. Bo jak inaczej określić rozwiązanie pozwalające nastolatce powyżej 15. roku życia na samodzielną decyzję w sprawie przerwania ciąży. Możemy sobie wyobrazić sytuację, gdy para wpadnie i dziewczyna namówiona przez chłopaka usunie ciążę, by nie zdenerwować rodziców. Może ci mogliby udzielić jej wsparcia, a w myśl projektu nie muszą się nawet o niczym dowiedzieć. To rozwiązanie jest głupie, nieodpowiedzialne, może prowadzić do tragedii, więc nie ma powodu, by je popierać. Nie był to projekt ratowania kobiet, a raczej liberalizacji aborcji. Więc opozycja miała podstawy, by go nie popierać, które można było przedstawić publicznie. Tak zresztą zrobiły PSL czy Kukiz’15.

Największa część opozycji uległa też magii projektów obywatelskich, choć np. PO w poprzedniej kadencji systematycznie je odrzucała. Szczerze mówiąc, nie widzę powodów, by ich nie odrzucać w tej i kolejnych kadencjach. Jaki jest sens pracować nad jakimś prawem, skoro nie ma dla niego większości w Sejmie i jest skazane na porażkę, tym bardziej że często to projekty mające jedynie cel polityczny. Czy bardziej uczciwie jest, gdy projekt zostanie wysłany do Sejmu, a potem poleży sobie w zamrażarce? Gdyby do Sejmu trafił obywatelski projekt ustawy pozwalający nastolatkom na uzyskanie pozwolenia na broń, zapewne argumenty, że trzeba go przesłać do dalszych prac, do nikogo by nie trafiły.

Brak czytelnego przekazu w tej sprawie spowodował, że Nowoczesna i PO znalazły się pod gradem oskarżeń o zdradę czarnego protestu. Co było o tyle absurdalne, że czarny protest został zorganizowany jako sprzeciw przeciwko pomysłom zaostrzenia prawa aborcyjnego, a nie ruch poparcia ustawy komitetu „Ratujmy kobiety”.

Pierwszym błędem było to, że dwie partie mające w gruncie rzeczy podobny problem z tym projektem nie skonsultowały działań i przekazu. A potem, gdy mleko się rozlało, popełniły drugi błąd. Zaczęły mniej czy bardziej na oślep wymierzać razy posłom, którzy zagłosowali przeciw lub nie wzięli udziału w głosowaniu. Co było sprzeczne zarówno z zasadą swobody głosowania w sprawach światopoglądowych, jak i niezbyt mądre politycznie.

Nowoczesna w mniejszym stopniu, ale jeśli Platforma myśli o odzyskaniu kiedyś politycznej pozycji, będzie musiała stoczyć z PiS i jego sojusznikiem – Porozumieniem Jarosława Gowina, bój o centroprawicowy elektorat. A właśnie pozbyła się posłów, którzy na tym polu mogliby być harcownikami. Co pokazało tak naprawdę nie tylko błędy taktyczne, ale brak strategicznego myślenia. PO i Nowoczesna dały się poobijać w nieswojej wojnie i na nieswoim polu gry.

Pytanie, jakie wnioski wyciągną z tego teraz. PiS na ponad dwa lata przed ostatnimi wyborami obrał konsekwentnie prospołeczny kurs, pokazując co chce zrobić i nie dając się zbić z tropu krytyką swoich pomysłów jako nierealnych. Dziś w opozycji takiej konsekwencji widać mało. PO ma swoją totalną propozycję, ale na razie nie widać, by przebiła się z nią do wyborców. Z kolei Nowoczesna jest pogrążona w wojnie domowej między Katarzyną Lubnauer a Ryszardem Petru.

Głosowanie obywatelskich projektów dotyczących aborcji pokazało słabości opozycji: brak jasnego przekazu, koordynacji i strategicznego myślenia. I pierwszą lekcją z zeszłego tygodnia powinno być wyciągnięcie wniosków, że właśnie to wszystko należy poprawić. Inaczej dalej będzie oddawać pole PiS albo opozycji pozaparlamentarnej, mimo że poza Sejmem sytuacja wcale nie wygląda lepiej – lewica jest w stanie hibernacji i nie widać, by coś mogło ją z tego stanu wyrwać.

Silna opozycja jest potrzebna nie tyle jej sympatykom, ile rządzącym, by czuli na karku oddech konkurencji i sprawując władzę zachowywali umiar. Opozycja, która nie ma dość siły, żeby walczyć o władzę, nie jest potrzebna wyborcom.

Żeby pokazać swoją polityczną skuteczność, opozycja ma niewiele czasu, bo wybory samorządowe są już jesienią. A nie będzie miała go wcale, gdyby PiS zdecydował się wykorzystać jej słabość i przeprowadzić przedterminowe wybory parlamentarne. Wiele nie potrzeba. Wystarczy, by budżet trafił do prezydenta z przekroczeniem konstytucyjnych terminów i wówczas głosowanie może się odbyć już w marcu. Choć politycy partii władzy mówią, że nie ma dziś o tym mowy, to wykluczyć takiego wariantu nie są w stanie.