Jeszcze do niedawna Polacy słusznie uchodzili za najbardziej zawstydzony naród świata. Każdy cudzoziemiec, a zwłaszcza dziennikarz, jeśli nieopatrznie wdał się w rozmowę z Polakiem, już w jej osiemnastej sekundzie słyszał, jak ów bardzo się wstydzi. Przy czym osoba deklarująca, iż jest z obozu liberalno-postępowego, wstydziła się w sposób totalny. Za wszystkich innych rodaków, że są tacy wsteczni, za przeszłość kraju w pakiecie z jego przyszłością, za polityków, twórców kultury, rodzime tradycje oraz lokalną pogodę. Wpadając przy tym w stan takiego uniesienia, że podczas epatowania wstydem wydawała się osobą najszczęśliwszą w świecie. Rozmówca patriotyczno-narodowy wstydził się natomiast w sposób punktowy. Czyli za zaprzańców wstydzących się na głos swej ojczyzny. Co ciekawe jego uniesienie we wstydzie za zdradzieckie hordy, czyniło go równie szczęśliwym. Ten stan równowagi utrzymywał się latami, aż nagle coś pękło i to w sposób przywodzący na myśl epidemię wywołaną przez wyjątkowo zaraźliwego wirusa.

Trudno powiedzieć, kiedy dokładnie ogólnonarodowy wstyd zaczął być wypierany przez powszechne rozczarowanie. Wirus początkowo zaatakował elektorat Platformy Obywatelskiej, być może nawet zanim Donald Tusk porzucił swój bezbronny przychówek i ewakuował się do Brukseli. Potem choroba atakowała kolejne grupy, tłumiąc w nich już nie tylko wstyd, ale nawet zapał do działania. Sympatyków PO do dziś paraliżuje wspomnienie rządu Ewy Kopacz, który miał ich poprowadzić do zwycięstwa w wyborach zaledwie trzy lata temu. Wedle sondażu SW Research, wszyscy, bez względu na opcję polityczną, solidarnie wskazują, że żaden inny gabinet w dziejach III RP nie był tak rozczarowujący.

Elektoratowi SLD wystarczą dwa, jakże uroczo brzmiące słowa - Magdalena Ogórek i wszystko jasne. Skręcając bardziej na lewo, natkniemy się na okolice Partii Razem, pogrążonej w swym rozczarowaniu Polakami, którzy konsekwentnie mają w nosie wszystkie postępowe idee. Co najlepiej pokazują zamrożone słupki poparcia dla tego ugrupowania. 

Ci sami Polacy lubią sobie poprotestować podczas "czarnych marszów". Z kolei w ostatniej nadziei liberałów, jaką miała być Nowoczesna Ryszarda Petru, ów rozczarował się kobietami. Panie zamiast go bezkrytycznie wielbić, zawłaszczyły całe stronnictwo. Same kobiety również nie ukrywają swego rozczarowywania Petru i nawet to, że przestał się golić, niczego nie zmienia.

Wirus powszechnego rozczarowania wręcz zabił chęci do życia w obozie liberalno-lewicowym i nawet Grzegorz Schetyna nie potrafi tego zmienić. Stając się symbolem najbardziej rozczarowującego lidera opozycji, jakiego można sobie wyobrazić. Widząc ten pogrom, obóz patriotyczny snuł już wizję rządów przez cztery kolejne kadencje sejmowe, bez konieczności fałszowania wyborów. Kiedy we własną wizję uwierzył, dobijając mentalnie opozycję, wirus rozczarowania cichutko przeniknął przez mur dzielący dwie Polski, choć zdawało się to niemożliwe. I znów trudno określić, gdzie początkowo zaatakował. Być może jedną z pierwszych jego ofiar był Bartłomiej Misiewicz, który uznał, iż wolno mu wszystko, skoro opieką otacza go sam minister obrony narodowej. Zdecydowane kroki, jakie podjął prezes Kaczyński, izolując, a następnie eliminując chorego, miały zapobiec epidemii. Tymczasem po cichutku atakowała ona kolejne tkanki związane z rządzącymi.

Pierwszy raz dało się dostrzec jej rozmiary po odwołaniu Beaty Szydło ze stanowiska szefa rządu oraz kiedy kilka tygodni później w jej ślady poszedł Antoni Macierewicz. Prawicowy Twitter i Facebook dosłownie zawyły. Prezes Kaczyński osobiście musiał apelować do elektoratu o to, żeby mu zaufał, bo przecież on zawsze wie, co robi. Elektorat w sondażach sprawił wrażenie, iż w to wierzy. Wręcz zdawało się, że już wkrótce nadejdzie wiosna i wszystkie czarne myśli znikną za sprawą cieplutkiego słoneczka. Ale pogoda rozczarowała, fundując Polakom w marcu zimę.

Wraz z mrozami nadeszła prawdziwie czarna seria dla władzy. Nie można inaczej nazwać splotu fatalnych konsekwencji pomysłów, jakie wcześniej z tępym uporem wcielono w życie. Karmiony przez dwa lata okrzykami o "wstawaniu z kolan" elektorat PiS-u musi teraz oglądać coraz szybszy odwrót ulubionej formacji. Wprawdzie łagodzenie kształtu tzw. reformy wymiaru sprawiedliwości i próba pogrzebania jak najgłębiej nowelizacji ustawy o IPN przedstawiane są w prorządowych mediach, jako planowe wycofywanie się na "z góry upatrzone pozycje". To jednak niespecjalnie działa, ponieważ kto jak kto, ale ludzie z obozu patriotyczno-narodowego na wojennej propagandzie znają się wyjątkowo dobrze.

Poczuciu poniżenia, z racji okazanej słabości, zaczął towarzyszyć także wstyd. W końcu po odsunięciu od władzy "liberałów aferałów" wszystko miało być inaczej. Ministrowie nie powinni otrzymywać aż takich premii, które świadczą, iż (cytując klasyka) "władza sama się wyżywi". Żadna fundacja nie powinna dostać 100 mln euro, by potem spokojnie całą sumę wyprowadzić do raju podatkowego. Nawet jeśli dzięki temu każdy obywatel może nacieszyć się świadomością, iż został współwłaścicielem obrazu Dama z łasiczką (lub jak wolą znawcy przyrody z gronostajem), który namalował osobiście Leonardo da Vinci. Jak widać, przygnębiająca pogoda potrafi stłumić każdą radość. Wyjątkiem są tu tylko działacze Partii Razem. Im Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego dało wreszcie okazję, by ruszyć do walki z Czartoryskimi i innymi obszarnikami, w odwecie za niedole pańszczyźnianych chłopów.

Co ciekawe, to samo ministerstwo do upadłego broni Polskiej Fundacji Narodowej. Pomysłu powstałego chyba tylko po to, żeby szerzyć wirus rozczarowania tak konsekwentnie, aż zarazi cały obóz patriotyczno-narodowy. W tym PFN osiąga coraz wyższe stopnie mistrzostwa. Danie 20 mln złotych Matuszowi Kusznierewiczowi, żeby wraz z kolegami, biało-czerwonym jachtem (nota bene produkcji francuskiej) mógł sobie opłynąć Ziemię, było dla twardego elektoratu PiS jak splunięcie prosto w twarz. Oto, chce się podarować dwadzieścia baniek na przyjemności gościowi, wspierającemu w wyborach prezydenckich Bronisława Komorowskiego. Po latach edukowania elektoratu, że za zdrajców można się jedynie wstydzić, nagle „nasza fundacja” daje im taaaką kasę! „Wiemy, że kasa non olet, ale Pan już na zawsze zostanie <> Kulczyka, Kwaśniewskiego, Tuska, Adamczyka, Komorowskiego, a żona ciągle przeciw nam” - zatwittowała bardziej zrozpaczona, niż rozsierdzona Krystyna Pawłowicz. Trafnie zauważając wielkie rozczarowanie, jakie poczuł przed samą Wielkanocą twardy elektorat. 

I do tego prezydent i jego weto...

I nikt już w tak mocno zdołowanej Polsce nie dostrzega, skąd biorą się te wszystkie rozczarowania. Ano z biorą oczekiwań. To one są temu winne. Dlatego jeśli w Wielkanoc będą zawieje i zamiecie śnieżne połączone z siarczystymi mrozami, co na pewno nas wszystkich rozczaruje, to znów sami sobie będziemy winni.