Ilu Niemców pan znalazł?

Ponad dwudziestu. Nie ze wszystkimi się widziałem. Z niektórymi rozmawiałem przez telefon, potem wysłałem paczkę, oni napisali list. Raz znalazłem listy z frontu wschodniego. Wszystkie od dwóch braci do ojca. Ojciec był zawiadowcą stacji. To był chyba największy w moim życiu zbiór. Wszystko w idealnym stanie. Dużo myślałem o tych chłopakach. Nie dawali mi spokoju. W tym zbiorze było zdjęcie, na którym byli myśliwi z Gór Sowich. I jeden facet rozpoznał na fotografii swojego ojca. Po nitce do kłębka razem znaleźliśmy jednego z autorów listów. Zadzwoniłem do niego. Sądziłem, że będę mówił jak zawsze, że jestem z Walimia, to też jest moja mała ojczyzna, jestem przewodnikiem z Gór Sowich. Nie udało się, blokada. Słyszę, że co ja od niego chcę, skąd mam telefon i że on ma 89 lat, i zaraz zadzwoni na policję. Miałem te listy przed sobą i czytam: „Russland, Maine Liebe Eltern” i potem dalej, i dalej. Po drugiej stronie cisza. Nagle pyta, skąd to mam. Mówię mu, że znalazłem…

A gdzie pan znalazł?

W latrynie dworca kolejowego w Walimiu. Jeden facet miał tam taką komórkę. Do ściany była przymocowana płyta żelazna, która mu przeszkadzała. Wyrwał ją, coś się zaczęło sypać – wyleciały jakieś koperty. Zawołał mnie, bo wiedział, że dla mnie skarby to listy, zdjęcia, dokumenty. Dwa duże worki z tej skrytki się nazbierały.

Spotkał się pan z autorem tych listów?

Nie, ale wiem, jak wyglądał od kołyski, przez dzieciństwo, szkołę, Hitlerjugend aż do czasu, gdy był na froncie wschodnim. Nie wiem, jak wygląda teraz. Wiem, że żyje. Ma prawie sto lat. Umówiliśmy się, że nie będziemy się spotykać.

Bał się.

Już wtedy mnie zapytał, co zamierzam zrobić ze zdjęciami, z listami, czy chcę je wykorzystać przeciwko niemu. Chciałem mu oddać. To są jego rzeczy.