ZAiKS plus Poczta Polska równa się stalinizm. Trzeba mieć cierpliwość, zdrowie i heroizm, by przeżyć. Rozumiem, że upadek PRL wciąż jeszcze tu i ówdzie dociera w żółwim tempie - najwyższa pora, by dotarł na ulicę Hipoteczną w Warszawie.

Czy Iwaszkiewicz był członkiem ZAiKS-u - nie wiem, raczej był na pewno, w tamtych czasach (podobnie jak dziś) innego sposobu, żeby autor dramatu albo scenariusza wydębił jakiś grosz od filmu czy teatru, nie było. Na Stawisku wbrew pozorom nieraz się nie przelewało - sławetną opiekę ZAiKS-u autor "Sławy i chwały" mógł traktować jako dobrodziejstwo, prawie na pewno znosił ją ze stoickim spokojem.

Wiele rzeczy Iwaszkiewicz znosił ze stoickim spokojem. Obraz jego olimpijskiej wyniosłości jest dominujący - jednym ta wyniosłość zdaje się podszyta kolaborowaniem z systemem, innym pychą twórcy pewnego, że przerasta - cóż z tego, że totalitarną - doraźność; kolejni w tej wyniosłości widzą arystokratyzm sztuki polityką niezmąconej i zarazem łakomstwo zaszczytów, jeszcze inni - i wcale nieostatni - wszystko gotowi tłumaczyć przynależnością do gejowskiego (nie przeszłoby to słowo Mistrzowi przez gardło) lobby. (Swoją drogą ci, co sumują przyczyny Iwaszkiewiczowskiej wyniosłości - mają co sumować).

Wyniosłość była pancerzem i zasadą. Sięga się po wydane przez Czytelnik "Dzienniki" (na razie pierwszy tom, oby następne pokazały się rychło), by zajrzeć pod pancerz, by znaleźć szczeliny w zasadzie.

Czy taka ciekawość jest niska, nie wiem - nawet jednak jak jest wysoka i tak zostaje niezaspokojona. W tej frapującej księdze nie ma niespodzianek. Zwłaszcza nie ma niespodzianek - rzekłbym - oczekiwanych. W końcu nie ja jeden spodziewałem się znaleźć na tych kartach jakieś bezlitosne świadectwo rozumienia komunizmu, jakieś w dziennikowej intymności zapisane jadowicie antysowieckie wyznanie, coś - co po latach rozmaite działania pisarza jasno by tłumaczyło, a jego wielbicielom dawało do ręki polityczny argument: Oto wielki, większy, niż się zdaje, pisarz robił to, co robił; nieraz z wyrachowania, nieraz z cynizmu, nieraz z lęku, ale wszystko rozumiał, miał jasny obraz czasu itd., itp. Niestety, tego nie ma. Duch dziejów siał spustoszenie dotkliwe, ma się rozumieć nie tak dotkliwe jak za Kaczorów, ale dotkliwe.

Z lektury "Dziennika" wynika, że i stalinizm znosił Iwaszkiewicz ze stoickim spokojem, co więcej - nerwowo zareagował raczej na koniec stalinizmu, na odwilż.

Wśród prawdziwie wybitnych, czyli z automatu nielicznych, polskich pisarzy nie było to z drugiej strony rzadkie; warto pamiętać, że np. dla Tadeusza Konwickiego Październik to nie był powód do tryumfalnego bicia w werble, raczej do dłuższego, pełnego namysłu milczenia. Do powściągliwości. Oczywiście Iwaszkiewicz to było inne pokolenie i inna formacja - trudniej mu przypisywać i fascynację, i rozczarowanie. Zostało wszakże przezeń w "Dziennikach" zapisane to, co zostało zapisane.

Np. kąśliwe jego uwagi o "Poemacie dla dorosłych" (obszernie był ten wątek w debacie poruszany) istotnie mogą budzić mieszane uczucia, ale też nie ma co odwiecznej prawdy ukrywać: jeden poeta o drugim poecie mówi dobrze tylko w wypadku, jak wie, że ten drugi jest słabszy i mu nie zagraża. Ważyk w roku 1955 był mocny, popularny i groźny. Czy Iwaszkiewicz zazdrościł mu sławnego poematu? Ależ z całą pewnością.

Wątek niedocenienia i niedopieszczenia to jest podstawowy i w pewnym sensie najbardziej zdumiewający wątek "Dzienników". Pod pancerzem wyniosłości kryła się debiutancka kruchość. Oczywiście: dziecięca niepewność jest nieodłączną towarzyszką pisarskiego fachu. Kto wie, a zwłaszcza kto wie wszystko, nie ma szans. Ci, co wiedzą mało, ci, co piszą w ciemno, do jakich takich jasności dochodzą. Pewne wszelako rzeczy wiedzieć trzeba. I Iwaszkiewicz przy całej swojej histerii niedocenienia wiedział jedną dosyć podstawową rzecz: wiedział mianowicie, że jest dobry, że bywa bardzo dobry. I nie mylił się, a jak się mylił, to w odwrotną stronę, bo wtedy ani on, ani nawet jego najbardziej oddani czytelnicy nie zdawali sobie sprawy, co naprawdę napisał i co jeszcze napisze.

"Brzezina" i "Panny z Wilka". "Panny z Wilka" i "Brzezina"; czasem jeszcze "Matka Joanna od Aniołów". Owszem, są to arcydzieła, ale facet nieomal poległ pod tą świętą, chyba przeklętą, trójcą własnych opowiadań. Dziś dopiero po ćwierćwieczu widać: na jakiejkolwiek stronie jakąkolwiek jego książkę otworzyć, coś arcydzielnego albo tylko doskonałego wyłazi. "Cienie", "Zarudzie", "Heidenreich", "Sny", "Ogrody", "Kościół w Skaryszewie", "Biłek", "Tatarak", "Serenite", "Zygfryd", "Róża", "Voci di Roma", "Powrót Prozerpiny" i nie parę, a dziesiątki innych tekstów - wszystkie rosnące, wszystkie w górę idące, wszystkie - coraz wyraźniej to widać - nieśmiertelność, jakiej w literaturze dostępują najnieliczniejsi z nielicznych, Jarosławowi Iwaszkiewiczowi dające.

Zaiste przepaść, jaka jest pomiędzy jego dziełem a tym, jak się zachował np. w Październiku albo jak zareagował na list 34, przepaść ta jest niezmierzona i nieprzejrzana. Nawiasem: Ania Bikont w dyskusji w "Wyborczej" wspomniała, że Iwaszkiewicz, w przeciwieństwie do Brandysa i Andrzejewskiego, nie poparł KOR-u - otóż (niestety, niestety) trzeba mieć nadzieję, że Andrzejewski i Brandys w historii literatury pozostaną nie tylko dlatego, że poparli, i można mieć pewność, że Iwaszkiewicz w tej historii zostanie nie dlatego, że nie poparł. Problem pisarza piszącego świetne książki i źle się zachowującego czy raczej - w dyskusji dokładnie wychwycił to Michnik - niezachowującego się wcale, taki otóż problem ma to do siebie, że maleje. Książki zostają, złe zachowanie (niestety, niestety) traci znaczenie.

Na koniec przywołuję zdanie Piotra Kłoczowskiego, który przypomniał rzecz arcyważną i arcycharakterystyczną: otóż ze zdaniem Iwachy, z jego sądem o tym, co piszą, niesłychanie liczyła się para całkowicie niezależnych tytanów: Gombrowicz mianowicie i Miłosz. Zdanie Iwaszkiewicza mieli za arbitralne i rozstrzygające. Rzecz bardzo ciekawa i bardzo wymowna. W końcu obaj ci autorzy słyszeli lepiej, widzieli więcej. A jednak w materii języka - w literaturze innej materii nie ma - mieli go za Mistrza. Tym dziwniejsze jego obsesje niedocenienia? "Dziennik" faktycznie jest swoistą litanią skarg typu: nikt mnie nie kocha. Żona daleka, dzieci jeszcze dalsze, Rubinstein wzgardliwy, kelner się nie kłania, nawet pies nie wybiega na powitanie. To jest - krótko i rytualnie mówiąc - temat na osobne opowiadanie. Na razie powiem tylko, że od lat zachwyt dla pisarstwa Iwaszkiewicza żywiąc i głosząc, nigdy mi zarazem do głowy nie przyszło, by twierdzić, że był to jakiś gość do rany przyłóż. Skąd zresztą miałbym to, na Boga, wiedzieć? Nigdy żywego Prezesa na oczy nie widziałem. Nawet nie wiem, czy należał do ZAiKS-u.