Kłopoty były pewne od samego początku. Kontrakt z nową prezenterką "Wiadomości" już podpisano i do startu programu w nowej formule, z nowymi twarzami potrzebne było tylko nagranie odpowiedniej reklamówki. Ale Hanna Lis, z kontraktem na 50 tysięcy miesięcznie w kieszeni, zachowała się jak prawdziwa gwiazda.

Ustalono termin nagrania, ekipa z agencji reklamowej w pełnej gotowości na planie zdjęciowym. Lis nie przyszła. Wyznaczono kolejny termin. Lis nie przyszła. Nie odbierała telefonu, nie odpowiadała na SMS-y. Gdy zabrano się do nagrania kolejnej sceny, Lis znowu opuściła zdjęcia. Do trzech razy sztuka. W końcu pojawiła się, powiedziała, co trzeba, choć i tu nie obyło się bez kontrowersji. Ale reklamówkę nagrano.

Spoty poszły w eter. Hanna Lis rozpoczęła pracę

Na trzecim dyżurze zakwestionowała rzetelność jednego z dziennikarskich materiałów. A czwartego dnia oznajmiła, że "Wiadomości" prowadzić nie będzie i wyszła. Tym samym porzuciła dyżur, za co grozi zerwanie każdego, nawet najbardziej gwiazdorskiego kontraktu.

Pierwsze fochy i chimery

Hannie Lis nic się jednak nie stało. Prezes TVP załagodził atmosferę, przypomniał, że powinna brać wszystkie wyznaczone dyżury, namówił, by spróbowała znaleźć wspólny język z szefem i dał jej jeszcze jedną szansę.

I tę właśnie akcję uznano w TVP za pewną nowość. Różne rzeczy działy się w tych murach. To tu przed laty Aleksandra Jakubowska chwyciła za torebkę i wyszła ze studia, ale - zauważają niektórzy - był to jednak pełen profesjonalizm. Jakubowska wyszła przecież dopiero na końcu programu.

Chimer prezenterki, która ostro ingeruje w treść programu, domaga się zmiany dziennikarzy i szefa, nikt nie pamięta. Fochów, które kończyłyby się porzuceniem pracy, też nie.

I tak, w ten dość niekonwencjonalny sposób rozpoczęła się najnowsza odsłona błyskotliwej kariery Hanny Lis, telewizyjnej prezenterki, gwiazdy kolorowych magazynów i mniej kolorowych brukowców opisujących, w jakich kaloszach spaceruje w pochmurne dni, a w jakich szpilkach wyprowadza na spacer swego ulubieńca rasy berneński pies pasterski. Żony Tomasza Lisa.

Monarcha i jego faworyta

Wszystko wskazuje na to, że start Hanny Lis w "Wiadomościach" wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby nie trzy lata, które wcześniej Hanna i Tomasz Lis spędzili w Polsacie. Lis był członkiem zarządu i nadzorował "Wydarzenia", Hanna - wtedy jeszcze Smoktunowicz - dawała temu programowi twarz. Zwiastował to billboard promujący zmiany: ona zajmowała pierwszy plan, on wyłaniał się z tyłu. Zapowiedź była oczywista - to on będzie wszystkim kręcił.

Ich wejście do Polsatu miało zrewolucjonizować przaśną stację uważaną za telewizję Polski B. Polsat w dziedzinie informacji był wtedy w absolutnym ogonie. Fenomenalny dziennikarz, twórca potęgi "Faktów", miał to zmienić. Dostał od Zygmunta Solorza coś, na co nikt nie mógł liczyć - wysoką pozycję, spory budżet i całkowicie wolną rękę. I tę wolność wykorzystał w stu procentach.

W efekcie pobyt państwa Lisów w Polsacie dziennikarze i wydawcy opisują słowami:

- Koszary.

- Dyktatura.

- Rządy absolutnego monarchy i jego faworyty.

- Regularna rzeź.

- Apartheid.

To niestety wypowiedzi anonimowe i - choć zwyczaj korzystania z anonimowych wypowiedzi jest dyskusyjny, bo ich wartość jest łatwa do podważenia - na zwierzenia pod nazwiskiem nie możemy liczyć. Świat jest mały, a świat telewizji jeszcze mniejszy. Wszyscy grają na tym samym podwórku: dziś pracujesz w Polsacie, jutro możesz znaleźć się w TVP albo w TVN. Musimy jednak zgodzić się na ten warunek, bo wielu dziennikarzy w ogóle odmawia jakiejkolwiek rozmowy na temat tej pary: - Gdy okazało się, że odchodzą z Polsatu, piliśmy niemal przez tydzień. Nie ze szczęścia. Bardziej w złudnej nadziei, że to pomoże zresetować mózg, wymazać wszystko i zapomnieć.

Na spacer z psem

Pierwsze deklaracje, jak wspominają nasi rozmówcy, były optymistyczne - jesteśmy jednym zespołem, żeglujemy w tę samą stronę i robimy program najlepszy, jak się da. Ale deklaracje nijak się miały do rzeczywistości. Dziennikarzy szybko podzielono na złych i dobrych. Z całą pewnością musiały na to wpływać względy merytoryczne, jak w każdym fachu. Zawsze jedni są gorsi, inni są lepsi. Tu jednak kryteria - mówią odrzuceni - nie były przejrzyste. Nikt nie siedział i nie analizował materiału. Materiał był zły i już. Podział biegł raczej bardziej krętymi ścieżkami - czy dziennikarz był lubiany przez szefa i jego przyjaciółkę i czy należał do dworu, czy też nie.

Ci spoza dworu - jak mówią - "nie nosili za Państwem papierosów", nie mówili Hannie Lis, że pięknie wygląda, naprawdę schudła, włożyła wyjątkowo ładną bluzkę. "Ledwo kończyło się kolegium, a dziewczyny pędziły, by otoczyć Hankę i zasypać komplementami. Głowa bolała od tego szczebiotu" - wspomina jeden z wydawców.

Ci spoza dworu nie chadzali do pobliskiego centrum handlowego po kawę "dla Państwa". Nie wyprowadzali psa prezenterki. Nie radzili, jakie żyrandole powinna kupić do nowego domu, gdy ślęczała w internecie, szukając atrakcyjnych egzemplarzy. Nie nosili za nią wielkich papierowych toreb, kiedy wracała z zakupów na popołudniowe kolegium. Nie sięgali po własne papierosy, gdy prezenterka mówiła: - Zapaliłabym sobie. Nie otwierali torby, gdy Lis pytał: - Z czym masz dziś kanapkę? Nie podchodzili do tacy z resztkami sushi czy arabskich potraw, jakie Hanna Lis wynosiła czasem do newsroomu ze słowami: "My już nie możemy. Jak chcecie, to bierzcie".

Gdzie zostawiłaś mózg

Źli najczęściej pracowali w stacji już wcześniej, dobrzy - przyszli razem z parą do stacji. Źli nie robili ważnych tematów albo zajmowali się wyłącznie popołudniowym, mniej prestiżowym wydaniem. Złym zabierano ich własne newsy, które przynosili do redakcji, i dawano do realizacji dobrym. Czasem gdy już coś realizowali, nagrywali wypowiedzi, przygotowywali tekst pod zdjęcia, po kilku godzinach nieoczekiwanie tracili temat. Zdjęcia przekazywano innym i inni kończyli materiał.

Złych obrażano, szykanowano, krytykowano

Gdy jeden z dziennikarzy nagrał swój komentarz, stojąc przed kamerą w kasku, Lis komentował ten pomysł na forum całego newsroomu: - Teraz już wiemy, jak wygląda ch… w kasku.

Gdy dziennikarz zbyt miękkim głosem czytał materiał, Lis pytał: - Co ty, pedałem jesteś? Może byś przerż… jakąś kobietę i zaczął czytać jak mężczyzna?

Gdy był niezadowolony, krzyczał: - Z ch… się na łby pozamieniałeś?

Dostawało się wszystkim, nawet Hani, którą Lis pytał czasem: - Gdzieś ty mózg zostawiła?

- Zresztą - dodają źli - jak tu szanować szefa, człowieka niby poważnego, o wyjątkowo wysokiej pozycji, któremu zdarzało się zaczynać poranne kolegia od przejrzenia internetu, by odszukać wszystkie wpisy na swój temat i temat swej przyjaciółki, i który czasem na tzw. zwyżce, czyli specjalnym podium w newsroomie, potrafił bez zażenowania pod rozmaitymi nickami na gazetowych forach komentować w sieci nie tylko bieżące wydarzenia polityczne. A kiedy plątały mu się już nicki, Hanka pomagała mu założyć nowe konta.

Płakałem jak dziecko

Każdy dzień - mówią nasi rozmówcy - był wielką niespodzianką, bo wszystko zależało od nastroju szefa. Raz Lis oddawał Hani pełnię władzy i wychodził, kiedy indziej krzyczał, że wydanie przerasta jej możliwości, i nadzorował każdy materiał, od początku do końca.

Jeden z reporterów: - W telewizji zawsze trzeba się ostro przepychać, to oczywiste, ale tu nawet nie o to chodziło. Ludzie podlizywali się na wszelkie sposoby, od rana do nocy, bo od tego zależało, czy są, czy ich nie ma. Droga do serca Tomka wiodła przez serce Hanki. A jeśli podlizywałeś się skutecznie, to w efekcie omijała cię bura, a czasem nawet trafiała się nagroda, na przykład prawo do zrobienia atrakcyjnego materiału albo ciekawy wyjazd w teren.

Ale podlizywanie nie zawsze odnosiło skutek. Jeśli ktoś podpadł Hance - mówią nasi rozmówcy - przepadał na zawsze: "Człowiek nie znał dnia ani godziny. Gdy Tomek z Hanką się pokłócili, ona potrafiła zaatakować dziennikarza za materiał, który Tomek przez cały dzień promował. To był koszmar".

Jeden z najzdolniejszych dziennikarzy telewizyjnych na naszym rynku: "Najpierw zaczęto mi zabierać tematy, w których się specjalizowałem, potem kolejne bliskie mi sprawy i kolejne. Gdy Tomek krytykował mój materiał, nie kiwałem z pokorą głową, tylko mówiłem: Ok, więc sam to zrób, pokaż, czy zrobiłbyś lepiej. W końcu robiłem już tylko drobiazgi o pogodzie. A wieczorem, nieustannie upokarzany, wracałem do domu i płakałem jak dziecko. Żona prosiła mnie, bym się z tej pracy zwolnił".

Estradowa kariera a newsy

To wersja pokrzywdzonych i odrzuconych, którzy w końcu sami składali broń i odchodzili ze stacji. Ci, którzy rozwinęli wtedy skrzydła, mają wspomnienia tak diametralnie różne, jakby dotyczyły zupełnie innych ludzi i innych wydarzeń. I ich relacje muszą budzić zrozumienie, bo ostatecznie "Wydarzenia" przestały zamykać rankingi programów informacyjnych. Oszałamiających sukcesów może nie było, ale zdarzało się, że w grupie komercyjnej (16 - 49 lat) program przeganiał "Fakty".

Beata Grabarczyk (wciąż Polsat): "Ludzie narzekali, bo nie chcieli albo nie potrafili pracować z Lisami. Zwracali uwagę na to, że szef krzyczy i przeklina, a nie na jego merytoryczne uwagi. Hania to profesjonalna dziennikarka, wbrew temu, co wszyscy sądzą. Dostrzegała sprawy, na które inni nie zwracali uwagi".

Piotr Maślak (dziś TV Puls): "Zawsze wymagała od ludzi bardzo dużo i ci, którzy gorzej pracowali, narzekali. Nigdy nie dawała się zamknąć w roli prezenterki. Czytała prasę, poprawiała teksty, była gospodarzem programu".

Ostry język i mało dyplomatyczny sposób bycia z pewnością musiał odebrać jej wielu potencjalnych zwolenników. Jarosław Gugała, obecny szef "Wydarzeń", który namawiał ją do pozostania w Polsacie, mówi krótko: - Już skreśliłem ją z listy znajomych.

W branżowym Presserwisie Hanna Lis zaraz po odejściu ze stacji tak oceniła starszego kolegę: "Jarek musi się dopiero nauczyć <Wydarzeń>. Jako człowiek zajęty głównie swoją karierą estradową, do newsroomu wpadał zwykle na krótko, by przeczytać popołudniowy serwis. Doceniam jego doświadczenie (…), ale, z całym szacunkiem, do kierowania programem informacyjnym na konkurencyjnym rynku potrzeba o wiele, wiele więcej".

Prywatne pasmo w komercyjnej stacji

Te trzy lata musiały być trudnym czasem nie tylko dla dziennikarzy. Wkrótce zaczął sobie pluć w brodę i Zygmunt Solorz, choć z innych powodów. Poprawne kontakty z każdą polityczną opcją były dotąd jego credo. A tu w mediach ukształtował się bardzo wyraźnie otwarty front: media kontra PiS-owski rząd, a jego własna stacja zaczęła w tym ataku grać pierwsze skrzypce.

Cotygodniowe raporty Marka Markiewicza z oceną "Wydarzeń", jakie trafiały na jego biurko, budziły strach, że zaraz stacja wpakuje się na minę. W rozmowach ze współpracownikami właściciel Polsatu narzekał, że na nic nie ma wpływu. Gdy na korytarzu zaczął mijać Lisa bez słowa, pojawiła się plotka, że panowie przestali ze sobą rozmawiać. Solorz, którzy przez lata całkowicie świadomie nie chciał mieć porządnych serwisów informacyjnych (niezależne informacje i uprawianie biznesu często nie idą w parze), przeżywał szok za szokiem. I nie chodziło bynajmniej o merytoryczną krytykę ówczesnego rządu, tradycyjne patrzenie na ręce kolejnej ekipie przy władzy. "Wydarzenia" po prostu szły dalej.

Gdy w radiu Kazimierz Marcinkiewicz (wówczas PiS-owski premier) wypowiedział kilka niezbyt poprawnych zdań, Polsat poświęcił temu osobny materiał, wytykając brak kwalifikacji językowych. Czepiano się nie tylko tego, jak PiS-owcy mówią, ale jak wyglądają. Zdarzały się zdjęcia Przemysława Gosiewskiego, którego filmowano, gdy dość niezdarnie próbował zebrać rozsypane na podłodze papiery.

Podenerwowany Solorz miał - wedle relacji współpracowników - dzwonić do Lisa, ale ten nie odbierał telefonów. Wysyłał więc innych członków zarządu z misją. Zupełnie niepotrzebnie. Nic się nie zmieniało. Dlatego jedna z wpływowych w Polsacie postaci wspomina tamte czasy jako wyjątkową groteskę: - Państwo Lis sprywatyzowali pasmo publicystyczno-informacyjne w stacji, która przecież cała była komercyjna.

Szlachetny kamień

Dziennikarze, którzy na co dzień przyglądają się pracy tej pary, są pewni - bez Tomka Hania nigdy nie zaszłaby tam, gdzie jest. Chyba zresztą nigdy nie miała takich planów. W "Teleexpressie", do którego trafiła jako 22-latka i gdzie wołano na nią dobrotliwie "Hanuś", skromnie czytała cudze zapowiedzi, a jedynym merytorycznym wkładem w program było wymyślenie początku w rodzaju "Dzień dobry państwu, mamy trzeci dzień maja…" i końca. Złośliwi dodają, że nawet to musiało kosztować ją sporo wysiłku, bo często widywano ją obłożoną segregatorami z poprzednich wydań programu, gdzie szukała inspiracji do błyskotliwych puent (komputerowe archiwum jeszcze nie istniało, wszystkie teksty drukowano i kolekcjonowano w segregatorach). W "Teleexpressie" mistrz był jednak tylko jeden i to mistrz niekwestionowany - widzowie kochali Macieja Orłosia, który puenty wymyślał na poczekaniu i któremu nikt nigdy popularnością w programie nie dorównał.

Ale i Hanna Lis miała swoich wielbicieli. Sławomir Kozłowski, ówczesny szef programu, który wypatrzył ją, gdy zapowiadała programy w Jedynce, przekonuje: "Kamera ją uwielbia. Gdyby nie miała talentu i charakteru, to by się jej nie udało. Szlachetny kamień, fantastycznie oszlifowany. Mogę się tylko radować, że tak błyszczy".

Blondynka z temperamentem

To lata 1992 - 2001. Co prawda w TVP nie ma jeszcze "funkcjonariuszy z PiS", ale czasy i tak wydają się gorące. Publiczną stację dzielą między siebie tym razem postkomuniści i ludowcy. Szef "Wiadomości" w oficjalnym piśmie pisze o Janie Pawle II per "pan papież", a w programach dokumentalnych byli ubecy oskarżają braci Kaczyńskich o związki z FOZZ, za co autor filmu dostaje tytuł Hieny Roku.

Hanny Lis chyba to zbytnio nie obchodzi. Nie protestuje jakoś wyraźnie na kolegiach "Teleexpresu", nie ingeruje w przygotowywane materiały, dopiero kilka lat po odejściu z TVP zaczyna skarżyć się w wywiadach, ale na błahostki. Irytują ją relacje z konkursów orkiestr strażackich i kół gospodyń wiejskich.

Zanim odejdzie (w przykrych okolicznościach, jest w ósmym miesiący ciąży, gdy przestają ją wpisywać na grafik), narzeka na zupełnie inne sprawy - że Maciej Orłoś ma połowę dyżurów w miesiącu, a ona z resztą prezenterów musi zadowolić się tym, co pozostało do podziału. "Zapewniała, że jest równie dobra jak Orłoś, jeśli nie lepsza. Niestety, badania widowni nie były aż tak korzystne" - rozkłada ręce Marek Kassa, wówczas wicedyrektor programowy TAI, któremu publicznie, ale dopiero po latach wypomniała związki z PSL.

Po urodzeniu dziecka chciała wrócić do "Teleexpresu", ale tam miejsce było już zajęte. Kassa: - Zresztą prezenter w "Teleexpresie" nie ma zbyt wiele do powiedzenia, zaproponowałem jej więc, by zajęła się poważną publicystyką w programie "W centrum uwagi". Szukaliśmy przeciwwagi dla Moniki Olejnik, pani Lis wydawała się dobrą kandydatką - blondynka, podobny temperament. Doszło do kilku rozmów, ale ona za bardzo nie chciała, a i ludzie z publicystyki nie byli też zadowoleni. Chyba nie do końca orientowała się w sprawach społeczno-politycznych.

W basenie u Oriany

"Cały problem polega na tym, że Hania nie jest dziennikarką i nigdy nią nie była" - mówi jeden z dziennikarzy "Wiadomości". Ten brak doświadczenia wielu doskwierał już w TV4, gdzie Hanna Lis po kilkuletniej przerwie w karierze przyszła kierować "Dziennikiem". Jeden w wydawców: "Jak można poważnie dyskutować o materiale z kimś, kto nigdy takiego nie zrobił, a w wywiadach chwali się głównie tym, w czyim basenie pływał jako dziecko".

Niektórzy dorzucają inny argument: - Trudno dyskutować z kimś, kto nie ma pojęcia o tym, jak wygląda w Polsce życie.

To żaden zarzut, po prostu fakt. Hanna Lis jako córka zagranicznych korespondentów peerelowskich gazet (ojciec publikował m.in. na łamach "Trybuny Ludu") sporą część dzieciństwa spędziła za granicą.

Z wywiadów w kolorowych pismach wynika, że były to czasy naprawdę ekscytujące. Jak opisywał "Twój Styl", gdy spędzała z rodzicami wakacje w toskańskiej posiadłości Oriany Fallaci, za namową włoskiej dziennikarki skoczyła do basenu na główkę. Zaczęła krzyczeć, ale "Oriana bez chwili wahania, w potwornie drogiej, wyszywanej sukni" skoczyła na ratunek.

Gdy jako pięciolatka wybrała się z ojcem na wywiad z reżyserem Pierem Paolo Pasolinim ("Pamiętam, że przez rozgrzane ulice jechałam na tylnym siedzeniu gotującej się zastawy"), trafiła na kordon policji - Pasolini został właśnie zamordowany.

W magazynie "Press" uzupełniała: - W naszym domu bywał Alberto Moravia.

Po powrocie do kraju jej stopa życiowa nie schodziła z najwyższego poziomu, a weekendowe zakupy w Londynie czy Mediolanie, o których na początku lat 90. wielu Polaków jeszcze marzyło, były rzeczą powszednią. Trudno się dziwić, że potem dochodziło do nieporozumień.

Reporter TV4 opisuje jedno z porannych kolegiów z tamtych czasów: - Wyszło na jaw, że wnuczka Millera, wtedy premiera z lewicy, chodzi do najdroższej prywatnej szkoły w Warszawie. Temat świetny, chcemy robić materiał, a Hanka protestuje. Nie tylko nie widzi w tym żadnego dysonansu, ale oburza się, że przez głupich dziennikarzy terroryści mogą teraz łatwo znaleźć szkołę, do którego chodzi ta mała.

Chamstwo mnie przeraża

Jej mało ugodowy charakter musiał przysporzyć jej więcej wrogów niż przyjaciół, bo nasi rozmówcy pamiętają tylko jeden spektakularny sukces w jej karierze - gdy z okazji wizyty Benedykta XVI w Krakowie doskonałą angielszczyzną nadawała kilka razy dziennie profesjonalne relacje dla stacji CNN.

Ale spektakularne bywały też wpadki. Gdy w czasach "Teleexpressu" do rozpiski wpisano nazwisko: "Kutschera", co zapowiadało materiał z okazji rocznicy zastrzelenia kata Warszawy Franza Kutschery, Lis biegała po newsroomie, gorączkowo pytając: "Kim jest ten Kutscher? Kto to jest Kutscher?".

Gdy w czasach Polsatu na żywo nadawała z Watykanu, wielokulturowy tłum, jaki zjechał do Watykanu, skojarzył jej się z wieżą Babilon, zamiast z wieżą Babel.

Cztery lata po reformie administracyjnej, magazyn "Sukces" spytał ją, ile jest w Polsce województw. Hanna Lis: - O cholera... Ciekawe pytanie... Między dziesięć a dwadzieścia. Jestem blisko? Piętnaście?

Ale najczęściej kolorowe tytuły, w których zachwycała czytelników na fantastycznych fotografiach, nie wymagały tak wiele. - Przeraża mnie dość rozległe przyzwolenie na chamstwo, agresję w życiu publicznym, bylejakość, cwaniactwo - żaliła się w 2003 roku w tygodniku "Gala. Bliżej gwiazd". Tam też rok później opowiadała: - Potrzebuję wsparcia i niezachwianej pewności, że mogę na kimś polegać.

Sztywne telefoniczne łącze

Właśnie minął drugi tydzień pracy Hanny Lis w "Wiadomościach", ale - wbrew oczekiwaniom - do kolejnych skandali na razie nie doszło. Pewne emocje wzbudzały materiały o Lechu Wałęsie i SB, ale wszystko było pod kontrolą. Na przykład we wtorek, by w ostatniej chwili nie podmieniono materiału, jaki zaakceptowała Lis, w reżyserce wszystkiego osobiście pilnował Piotr Kraśko.

Przez cały czas zresztą, relacjonują reporterzy, Hanna Lis stara się trzymać rękę na pulsie - przychodzi do pracy rano, wychodzi dopiero wieczorem. Gdy czytane są wstępne wersje tekstów do zaplanowanych materiałów, przysłuchuje się uważnie, czasem wyraża własne zdanie, ale poważniejszych uwag nie zgłasza.

Potem jednak wychodzi na papierosa. W korytarzu, coś na kształt atrium, który łączy dwie różne redakcje, pali i telefonuje. Długo rozmawia, coś komuś czyta, potem notuje i wraca do newsroomu. Choć pora jest późna i na zmiany nie ma w zasadzie czasu, zaczyna zgłaszać fachowe uwagi w rodzaju: - Ta setka powinna być tu, to zdanie trzeba przerzucić na koniec. Tu trzeba było zadać takie pytanie. To przyciąć, tamto rozwinąć i wyjaśnić.

Chcieliśmy zapytać Hannę Lis, do kogo tak często dzwoni, ale nie dała nam szansy. Umówiła się na rozmowę, potem poprosiła o zestaw pytań, ale telefonu już nigdy nie odebrała.