Pierwsza "Solidarność" i jej rozciągnięta na całe lata 80. klęska determinują dzisiejsze wybory polityczne dwóch walczących o władzę w Polsce obozów - PiS i PO. Także dlatego, że te wydarzenia ukształtowały ich obecnych liderów, choć wyciągnęli oni z tego doświadczenia całkiem inne wnioski

Czemu prezydent złapał wiatr w żagle

Oddziaływanie historii, żywotność mitu "Solidarności" i rozmaitych odczytań tego mitu tłumaczy fenomen najbardziej może zdumiewający w polskiej polityce ostatnich dni. PiS, które obrywało od wszystkich, kiedy formułowało jak najbardziej racjonalne postulaty dotyczące polskiej polityki wewnętrznej - wzywając do wzmocnienia państwa wobec lobby wewnętrznych i zewnętrznych, nawołując do stworzenia podstawowych choćby narzędzi egzekucji prawa - zostaje nagrodzone akurat za to, co z jego doktrynie jest najbardziej szkodliwe i niebezpieczne - za swoją politykę zagraniczną.

Ta polityka realnie odrywa nas od rdzenia Unii Europejskiej, wyciąga z procesu integracji, każe widzieć w słabym państwie i społeczeństwie nadal rozbitym i wyjątkowo nieskłonnym do podejmowania politycznego ryzyka potencjalny podmiot silnej i całkowicie suwerennej polityki zagranicznej. Skuteczniejszy być może od Unii Europejskiej, przeciwstawiający jej sarmacką koalicję państw słabych lub prawie jeszcze nieistniejących.

Zdolny ponoć do przeciwstawienia się zarówno Rosji, jak i Niemcom, jeśli na naszym kontynencie renacjonalizacja polityki rzeczywiście zniweczy bardzo nieśmiały i postępujący z ogromnymi oporami proces integracji europejskiej.

Ta PiS-owska istotnie bardzo asertywna koncepcja polityki zagranicznej - której elementem są ostatnie działania, a może jeszcze bardziej słowa polskiego prezydenta - jest najgorszą i najbardziej ryzykowną dla Polski częścią programowego dorobku Prawa i Sprawiedliwości. A jednak wszyscy komentatorzy od kilku dni zupełnie słusznie przyznają, że Lech Kaczyński "złapał wiatr w żagle" po swojej podróży do Tbilisi. Symptomatycznym i znaczącym był dla mnie tekst Rafała Matyi, jednego z najbardziej racjonalnych analityków polskiej polityki niedającego się przez ostatnie lata porwać ani "małpiemu rozumowi" salonowych wrogów PiS, ani specyficznej charyzmie braci Kaczyńskich.

W swoim opublikowanym w DZIENNIKU tekście Matyja pisze: "Ostatni miesiąc pokazał, że polityka polska może być poważna i tworzyć istotne - także w wymiarze międzynarodowym - fakty (...). Postawa i przekonania polskiego prezydenta okazały się istotne nie tylko jako manifestacja stanowiska Rzeczypospolitej, ale także pewna możliwa koncepcja polityki Zachodu (...) Nie ulega wątpliwości, że to Lech Kaczyński wiedział, co w takiej sytuacji zrobić, do jakich linii polityki międzynarodowej i do jakich emocji się odwołać. to jemu udało się zbudować realną i zauważalną koalicję polityczną".

Rafał Matyja dla opisania różnicy pomiędzy stanowiskiem PiS i PO wobec kryzysu gruzińskiego przywołuje kluczowe dla polskiej tradycji politycznej pojęcia realizmu i idealizmu. Tyle że dystrybuuje je w sposób niebanalny i nieoczywisty, wręcz prowokacyjny, nazywając zachowanie prezydenta realistycznym, gdyż bazującym na przekonaniu o nieuchronnej renacjonalizacji polityki europejskiej, a stanowisko Donalda Tuska idealistycznym - opartym na przekonaniu, że Unia i NATO są wystarczającą gwarancją polskiego bezpieczeństwa, że można czekać, nic nie robiąc, aż one się także o Polskę zatroszczą.

Różne morały z Sierpnia ’80

Otóż właśnie na przykładzie oddziaływania mitu „Solidarności” na uczestników polskiego sporu politycznego można powiedzieć, że pojęcia realizmu i idealizmu przy opisie sporu pomiędzy PiS i PO albo należałoby dystrybuować nieco inaczej niż czyni to Rafał Matyja, albo w ogóle uznać za nieprzydatne. Lech Kaczyński zapamiętał bowiem z historii "Solidarności" głównie „Posłanie do narodów Europy Wschodniej” - co wcale nie czyni z niego realisty. A Donald Tusk wziął sobie bez wątpienia do serca klęskę polityczną lat 80. i okazaną wówczas realną słabość polskiego społeczeństwa - co czyni problematycznym nazwanie go "optymistycznym idealistą".

Prowadzona przez PO polityka ukrywania Polski w Unii i NATO, niewychodzenia przed szereg, jest konsekwencją raczej ogromnego sceptycyzmu, co do dzisiejszej politycznej i społecznej siły Polski, którą dopiero należy zacząć odbudowywać, a nie testować ją na froncie ewnetualnej nowej zimnej wojny pomiędzy Rosją i Zachodem. Natomiast Lech Kaczyński rzeczywiście wierzy w to, że w latach 80. Polska wygrała zimną wojnę, a w każdym razie do tego zwycięstwa w ogromnym stopniu się przyczyniła. I chciałby to zwycięstwo w XXI w. raz jeszcze powtórzyć, nie bez swojego udziału, jako co najmniej jednego z dowódców frontów.

Ale nie chodzi tu wyłącznie o Kaczyńskiego i Tuska. Jeśli spór pomiędzy PiS i PO jest tak żywy i pozwala obu partiom na zagospodarowanie praktycznie calej polskiej sceny politycznej, to także dlatego, że jednym z ważniejszych podziałów w dzisiejszej Polsce pozostaje podział na Polaków, którzy z pierwszej „Solidarności” i lat 80. zapamiętali to, co zapamiętał z niej Lech Kaczyński, i to, co zapamiętał Donald Tusk.

Oczywiście sceptycyzm Tuska co do polskiego potencjału umożliwiającego uprawianie odważnej, radykalnej, silnej i całkowicie suwerennej polityki zagranicznej oraz przekonanie Kaczyńskiego, że mamy dość szabli albo przynajmniej czapek, żeby taką politykę uprawiać, a tylko brakuje nam wiary, w jakimś rozsądnym państwie można by wykorzystać jako uzupełniające się, komplementarne formuły polityki zagranicznej.

I bardzo cieszy trwający od wczorajszego południa rozejm pomiędzy PiS i PO w sprawie szczytu UE, szczególnie jeśli utrzyma się do poniedziałku 1 września, a może nawet – tak, ja jestem nieuleczalnym optymistą i wierzę w cuda - nawet do przyszłego weekendu. Ale mówiąc poważnie, w trzy lata po wyborach 2005 r. sądzę, że to raczej Radosław Sikorski ze swoim "dorzynaniem watahy" które wymknęło mu się podczas wyborczego wiecu, był bliżej prawdy o głębokości sporu pomiędzy PiS i PO – jako ugruntowanego na zupełnie odmiennym rozumieniu polskiej historii, realizmu politycznego, polityki historycznej, a także morału wynikającego z pierwszej Solidarności i jej klęski - niż np. Jarosław Gowin. Gdyby polską polityką rządził rozum, Gowin byłby jej najbardziej wiarygodnym analitykiem. Ponieważ jednak tak nie jest, chciałbym jeszcze raz przywołać przeszłość, która zasila emocje i obawy dzisiejszej polskiej klasy politycznej.

Te urocze lata 80.

Kiedy Lech Kaczyński mówi po powrocie z Tbilisi, że w najechanej przez Rosjan Gruzji poczuł się tak wspaniale, jak w Polsce czuł się po raz ostatni w latach 80., jest ofiarą mitu, ofiarą zasady przyjemności w polityce, w dodatku specyficznej polskiej zasady przyjemności, jej wersji masochistycznej.

Nie wyobrażam sobie bowiem, jak człowiek, który widział lata 80., może do nich tęsknić. Szczególnie jako polski polityk. Bo lata 80. nie były wspaniałe. Były najgłębszej klęską polskiej polityki. Symboliczny opór, w którym Lech Kaczyński uczestniczył i którego był ważną postacią, nie był w stanie ukryć prawdy o coraz skuteczniejszej pacyfikacji i coraz głębszym rozbiciu polskiego społeczeństwa.

Sądzę, że nie należy tego powtarzać zbyt często, bo Polacy i tak mało mają wiary w siebie – za często wbijano nam do głowy, że jesteśmy słabi, zacofani, a w dodatku prześladowaliśmy Żydów, Ukraińców, Niemców... Ale tym razem trzeba to powiedzieć, ponieważ jeden z dwóch glównych polskich obozów politycznych źle używa solidarnościowego mitu do prowadzenia złej polityki zagranicznej, definiowanej o wiele ponad realnymi środkami, wystawiającej Polskę na niepotrzebne ryzyko.

Otóż pierwsza „Solidarność” nie obaliła światowego komunizmu. Nie obalił światowego komunizmu ani marsz głodowy pielęgniarek w Łodzi w 1981 r., ani bezsilne manifestacje rocznicowe w latach 80. W konsekwencji politycznej katastrofy Grudnia 1981 staliśmy się co prawda doskonałym mięsem armatnim zimnej wojny, prawie tak samo pożywnym jak Afgańczycy, ale nie byliśmy jej podmiotem. Całe szczęście, że zimna wojna skończyła się zwycięstwem Zachodu, a w konsekwencji naszym zwycięstwem, bo po roku 1989 znaleźliśmy się po lepszej, wewnętrznej stronie Jałty. I powinniśmy umacniać nasze miejsce wewnętrz Zachodu, bo tylko ukryci jak najgłębiej w Unii i NATO możemy rozpocząć żmudną i powolną odbudowę polskich elit, a może i polskiego społeczeństwa. Ale my sami wyszliśmy z zimnej wojny w roku 1989 jako naród w stanie gorszym, niż gdyby pierwszej „Solidarności” i jej pacyfikowania przez całe lata 80. w ogóle nie było. Byliśmy bardziej podzieni, bardziej rozbici, mniej wierzący w siebie, bo pamiętaliśmy w głębi ducha o głębokości klęski lat 80.

Pamięć o nas miała uzasadniać w oczach zachodnich społeczeństw nieco twardszą - choć bez przesady - politykę Reagana czy Thatcher wobec ZSRR. Ale w tej grze na sposób podmiotowy nie uczestniczył ani Kukliński przesłuchiwany przez Amerykanów, ani Kuroń przesłuchiwany przez kapitana Lesiaka. Z drugiej strony także Kiszczak, Jaruzelski, oficerowie, milicjanci i aparatczycy PZPR, którzy robili stan wojenny, nie okazali się żadnymi Machiavellami czy Wielopolskimi naszej polityki. Kończyli lata 80. tak zacietrzewieni, tak przerażeni społeczeństwem i jego wobec nich niechęcią, tak nieskłoni do manewru politycznego odbudowującego narodową jedność, że to Gorbaczow musiał jeszcze w 1987 i 1988 r. wymuszać na nich demokratyczne reformy. Ośmielać ich do rozmów z opozycją i ustępstw.

Konflikt który zniszczył polskie społeczeństwo w latach 80., po roku 1989 zmienił kształty i granice, aby dość płynnie przejść w wojnę pomiędzy elitami i ciemnogrodem. Ale podmiotowości i siły politycznej Polsce od tego nie przybyło. Właściwie jedynym sukcesem polskiej polityki – którego autorami byli zarówno Geremek, Mazowiecki, Wałęsa, Olszewski (wzywający do szybszego zbliżenia z NATO), jak też Kwaśniewski i Miller (do Unii i NATO nas wprowadzający) - było coraz głębsze ukrywanie wciąż jeszce politycznie słabej i społecznie rozbitej Polski w zachodnich strukturach politycznych, gospodarczych i obronnych. Kolejnym etapem tego procesu jest tarcza, a szczególnie towarzyszące jej Patrioty, nawet jeśli lepiej, gdyby były one natowskie, a nie wyłącznie amerykańskie. Ale cóż, w polityce nigdy nie osiągamy ideału.

Klęska polityczna, szansa społeczna

A jednak przy tych wszystkich zastrzeżeniach "Solidarność" i tak jest najlepszym, co nam z historii PRL zostało. Osoba tak trzeźwa w analizie mitów jak Jadwiga Staniszkis, powtarzająca, że jej solidarnościowy zapał nigdy nie opanował, bo jest z natury autystyczna, niepodatna na zbiorowe emocje, dodaje zawsze, że jest to potencjał społeczny, który musi być w dzisiejszej Polsce używany.

O. Maciej Zięba próbuje uratować ten mit w swoim muzeum, chociaż różne strony polskiej wojny lustracyjnej doprowadziły do sytuacji, w której nieporównanie żywsza w społecznej świadomości jest dzisiaj wojna o „Bolka” niż nieśmiałe i niedofinansowane obchody organizowane przez gdańskie Muzeum Solidarności.

Albo używamy mitów, albo jesteśmy ich zakładnikami. Błędem jest wiara w to, że mitu pierwszej „Solidarności” możemy i powinniśmy użyć do przekonania samych siebie, że największym osiągnięciem polskiej polityki było „Posłanie do narodów Europy Wschodniej” i że politykę słabe państwo może uprawiać za pomocą głośnych deklaracji, a rozbite społeczenstwo za pomocą manifestacji ulicznych. Ale mit „Solidarności” jest potrzebny i można go użyć do celów społecznych. „Solidarność” była katastrofą polityczną. Jeśli miała jakąkolwiek wartość, to w wymiarze społecznym. Polskie społeczeństwo, które po raz ostatni organicznie rozwijało się w wieku XVI, dzięki pierwszej „Solidarności” miało szansę stać się społeczeństwem przynajmniej XIX-wiecznym, mniej feudalnym, bardziej demokratycznym.

Inteligencja i robotnicy, izolowani od siebie w latach stalinowskich, w Marcu ’68, w Grudniu ’70, podczas kilkunastu miesięcy legalnego istnienia pierwszej „Solidarności” rzeczywiście budowali demokratyczne więzi, które we Francji, Anglii czy Niemczech zbudowano dwieście czy sto lat wcześniej, tworząc tam nowoczesne narody. Oczywiście, gdyby pierwszej "Solidarności" udało się odbudować społeczeństwo, nadać mu choćby nieco bardziej demokratyczną i nowoczesną formę, przekładałoby się to także na zwiększenie potencjału politycznego polskich elit.

Kaczyński nie jest realistą, bo w jego odważnych deklaracjach wobec Rosji nie stoi za nim żaden silny polityczny naród. Można się obawiać, że pilot, który odmówił prezydentowi lądowania w Tbilisi, odmówi także wystartowania przeciwko nadlatującym nad Warszawę migom. Lepiej wobec tego jeszcze dzisiaj takich pilotów do udziału w realnej wojnie nie zmuszać.

Odbudowa społeczeństwa jest warunkiem uprawiania polityki. Niestety, ona także ostatecznie się w Polsce nie udała. Przez całe lata 80. władze PRL niszczyły społeczeństwo solidarnościowe nie budując żadnego własnego. Polacy przestawali być narodem i społeczeństwem w jeszcze większym tempie niż przez poprzednie dwa wieki. Jak pokazała wojna na górze lat 90., spora część elit inteligenckich i spora część „ludu” po klęsce i zniszczeniu „Solidarności” cofnęła się wręcz na pozycje z Marca ’68.

Obietnice złożone Gruzinom

Opierając się na mojej własnej pamięci pierwszej „Solidarności” i lat 80., jestem skłonny uznać za realizm raczej sceptycyzm Tuska co do obecnej siły Polski niż przekonanie Kaczyńskiego, że jesteśmy potencjalnym mocarstwem zablokowanym wyłącznie przez brak wiary w samych siebie. Lech Kaczyński to przedstawiciel obozu politycznego, który swoją próbę rządów nad Polską rozpoczął od przegranej ze średniej wielkości europejskim bankiem - UniCredito. Później PiS przegrywało kolejne bitwy polityczne, ostatecznie zmuszone do oddania władzy w Polsce.

Jeśli po klęsce i utracie władzy we własnym kraju przedstawiciel PiS jedzie do Tbilisi, gdzie obiecuje Gruzinom w imieniu własnego obozu politycznego i w imieniu całej Polski - do czego ma odrobinę mniejsze uprawnienia - skuteczne wsparcie przeciwko Rosji, to nie umiem udawać, że nie widzę w tym obietnicy znacznie ponad miarę. Jeśli jest to automanipulacja - co w przypadku Lecha Kaczyńskiego jest zupełnie prawdopodobne, bo jest on człowiekiem do głębi autentycznym - to tym gorzej. Kiedy Bush sam uwierzył w kłamstwa, które jego PR-owcy przygotowywali dla Amerykanów, że Irak dysponuje bronią masowego rażenia, a wojna w Iraku będzie błyskawiczna i nie będzie nic kosztowała - popełnił najpoważniejszy błąd swojej prezydentury.

Gruzji albo pomoże Unia i NATO jako całość, albo nie pomoże nic. Natomiast jeśli Polska zostanie rzucona na pierwszą linię realnego konfliktu pomiędzy Rosją i Zachodem, a nie zadowoli się ostrożnym inspirowaniem unijnego czy natowskiego stanowiska wobec Rosji, żmudnym i biurokratycznym budowaniem małych koalicji w sprawie unijnej polityki wschodniej czy polityki energetycznej - jak to robią Sikorski czy Saryusz-Wolski - to wyjdziemy z gruzińskiego kryzysu realnie przegrani.

Jeszcze bardziej skonfliktowani z Rosją i jeszcze mocniej wyizolowani od "starej Europy" - na czym akurat Kremlowi najbardizej w odniesieniu do Polski zależy. I nawet gwarantowane osobiście przez byłego ministra Waszczykowskiego uprzywilejowane stosunki pomiędzy Ameryką i Polską nie zrównoważą tej wymiernej politycznej straty.