Ale moi rozmówcy dopytywani, czym ten Sejm różni się w ogóle od poprzedniego, także zgodnie przyznają: teraz, gdy dwie wielkie partie solidarnościowe pozostały we własnym gronie, sprowadzając PSL i SLD do roli statystów, atmosfera jeszcze się pogorszyła. Z założenia nie szanuje się, nawet w drobnych sprawach, zdania przeciwnika. "To się zaczęło w poprzedniej kadencji, ale nasiliło w tej" - ocenia z dystansu poseł Zalewski.

Sejm agresywny

W poprzedniej kadencji Sejmu (2005 - 2007) główne ustawy - likwidacja WSI, stworzenie CBA, ale też obniżenie składki rentowej czy podatków - były przyjęte głosami i PiS, i PO. Walka polityczna toczyła się nie o projekty, a o słowa i wzajemne oskarżenia - na przykład w sprawie śmierci Barbary Blidy. Dziś polaryzację między rządzącą PO i opozycyjnym PiS widać w prawie wszystkich głosowaniach.

W ostatniej chwili partia Kaczyńskiego powstrzymała się od zwalczania deregulacyjnych projektów komisji Janusza Palikota "Przyjazne państwo". Mogą one przynieść popularność całemu Sejmowi, a jednak opozycja zabierała się już w innych komisjach za ich zwalczanie. Ale jest i druga strona medalu. Niedawno komisja kultury odrzuciła projekt ustawy o zabytkach tylko dlatego, że został przygotowany przez resort kultury w poprzedniej kadencji. Teraz PO przygotuje podobną ustawę, ale własną. "Jest zalecenie, aby odrzucać projekty kojarzone z PiS" - przyznają posłowie Platformy.

Ale tak naprawdę para i tak idzie najbardziej w gwizdek nie związany z ustawami. W pierwszym okresie PO głosiła, że nowe akty prawne nie są Polakom szczególnie potrzebne. Po wakacjach wystąpiła z gigantyczną liczbą inicjatyw (ponad 140), ale poza paroma fundamentalnymi (pakiet zdrowotny, reforma emerytur) większość to drobne nowelizacje.

Trudno o grzeczność

Konflikty wybuchały więc głównie przy okazji sporów symbolicznych, na przykład wokół rozliczenia poprzedniej ekipy. Nie ma posłów Samoobrony, ale to ten Sejm wytyczył kolejny precedens. Widownią awantury stały się nie obrady plenarne, a posiedzenie komisji regulaminowej rozpatrującej sprawę immunitetu Zbigniewa Ziobry. Niewypałem okazały się parlamentarne śledztwa mające zbadać naruszenia praworządności w czasach rządów PiS. Jeśli pojawiają się w mediach, to nie z powodu ustaleń, a słownych bijatyk, na przykład między Andrzejem Czumą (PO) a Jackiem Kurskim (PiS) w komisji szukającej dowodów na upolitycznienie CBA i prokuratury.

Inne wojny mieszczą się już bardziej w duchu poprzednich parlamentów. Klub PiS już dwukrotnie opuszczał salę na znak protestu przeciw decyzjom marszałka Bronisława Komorowskiego. Komorowski kreujący się na rzecznika dyscypliny literalnie przestrzega regulaminu, pozbawiając opozycję tradycyjnych przywilejów - np. prawa do przerwy połączonej ze zwołaniem konwentu seniorów. Opozycja narzeka, choć kompromis w tej sprawie zawsze był dorozumiany i łamali go wszyscy marszałkowie. Z drugiej strony, rację ma reprezentujący łagodniejszą, lewicową opozycję Marek Borowski, twierdzący, że nie wszystko da się przegłosować większością. Obowiązują też zasady grzeczności.

Tylko że w tym Sejmie o wzajemną grzeczność coraz trudniej. Zwłaszcza że starcia są administrowane przez partyjne kierownictwa. Podczas awantury na komisji regulaminowej posłowie obu partii byli zwoływani SMS-ami niczym komandosi na akcję. Te same SMS-y instruują jednych i drugich, co mają oni mówić w konkretnych sprawach. To wiąże się z kolejnym zjawiskiem opisywanym anonimowo przez wszystkich posłów: instrumentalizacja parlamentarzysty przekroczyła wszelkie granice.

Poseł bezradny

Partie traktują go jak własność. Posiedzenia klubów dawno przestały być widownią dyskusji. To prezydia decydują o wszystkim. Władze klubu PO posunęły się już tak daleko, że wprowadziły dyscyplinę w sprawie świętowania Trzech Króli, co można uznać za sprawę sumienia. W poprzedniej kadencji Jarosław Kaczyński odmówił Pawłowi Zalewskiemu jako szefowi komisji spraw zagranicznych prawa przepytywania minister z własnej partii. W tej - szef komisji regulaminowej Jerzy Budnik z PO, który sam zdecydował o terminie kolejnego posiedzenia poświęconego immunitetowi Ziobry, był zmuszony zmienić zdanie, a w końcu oddać prowadzenie obrad Niesiołowskiemu.

Czy bardziej zdyscyplinowany parlament stał się bardziej profesjonalny? Także nie. W teorii PO traktuje Sejm poważnie, przepychając najważniejsze projekty rękami własnego klubu, aby uniknąć żmudnych procedur rządowych. Ale pakiet zdrowotny minister Kopacz okazał się legislacyjnym bublem, a jego kolejne wersje poprawiane na kolanie podczas tasiemcowych posiedzeń komisji zdrowia jeżyły włosy na głowie znawcom prawa. "Dbałość o prawną poprawność wydaje mi się w tym Sejmie mniejsza niż w parlamencie pierwszej kadencji w latach 1991 - 1993" - ocenia poseł Zalewski. Ale że jest parlamentarzystą niezrzeszonym, jego uwagi są głosem wołającego na puszczy.

Zanika zwykła przyjemność ze śledzenia debat plenarnych. Gdyby spróbować wskazać najciekawsze mowy tego pierwszego roku, wygłosili je liderzy: Jarosław Kaczyński po expose premiera i Donald Tusk replikujący opozycji podczas pierwszego czytania ustaw zdrowotnych. No, może jeszcze poruszający, chory Zbigniew Religa podczas drugiego czytania tegoż pakietu. Symbolem sejmowego dnia codziennego jest uwaga Marka Suskiego z PiS: "mordo ty moja, rzucona w twarz marszałkowi", oraz nieprzyjemne komentarze wicemarszałka z PO Stefana Niesiołowskiego wygłaszane pod adresem opozycji. Ten sam Niesiołowski w poprzednich kadencjach wygrywał dziennikarskie konkursy na najlepszego mówcę. Dziś nikt takich konkursów nie organizuje. Ostatnim mistrzem sejmowego żartu pozostaje Tadeusz Cymański (PiS). Wygłupy posła Palikota rozgrywają się, co charakterystyczne, na ogół poza sejmową salą. Zresztą coraz więcej istotnych wypowiedzi pada w studiach telewizyjnych, a nie na Wiejskiej.