O wcześniejszych jego atakach na prezydenta czy na innych polityków PiS, który stali się ulubionymi obiektami jego niewybrednego języka, można było powiedzieć, że był to taniec na linie. Można było mówić o naruszeniu dobrego smaku, o nadzwyczajnej niechęci, o małpiej złośliwości.

I niektórzy publicyści dziwili się, że pozwala mu się tak bezceremonialnie obrażać innych. Przypomnę jego przycinki na temat nadmiernego picia alkoholu przez prezydenta, domagania się publicznego ujawnienia danych o stanie zdrowia prezydenta wraz ze szczegółowymi wynikami różnych badań i testów. Jednak kierownictwo Platformy patrzyło na jego wyczyny przez palce. Opozycja zarzucała nawet, że Palikot ma ciche poparcie Donalda Tuska i Grzegorza Schetyny. Ta postawa co najmniej pełnej tolerancji ze strony kierownictwa partii coraz bardziej rozzuchwalała Palikota.

W końcu doszło do ekscesu, bo łagodniej nie można tego określić, kiedy brutalnie zarzucił Grażynie Gęsickiej z PiS, że "politycznie się sprostytuowała". Takiego natężenia chamstwa jeszcze w polskiej polityce dawno nie było. Media, które często udostępniały swe łamy, studia, kamery i mikrofony Palikotowi, oczekując wręcz, że powie coś smacznego, mają teraz szanse w jakimś sensie odkupić swe winy.

Zamknijmy przed Palikotem wszystkie furtki i wejścia do mediów. Zbojkotujmy go totalnie. Niech żadna gazeta, radio, telewizja nie dopuszcza go do głosu. Nie pełni przecież tak ważnej funkcji, byśmy nie mogli się bez niego obejść. Niech zniknie z naszych łamów i ekranów. W pełni na to zapracował.