Jeszcze niedawno polityk z Lublina robił nieestetyczną, ale skuteczną robotę dla swojej partii. Przyciągał wszystkich antykaczystów, nie odrzucał innych zwolenników PO, i irytował przeciwników. Na tyle skutecznie, że ci w nerwach czasem tracili rozsądek. Rzecz jednak w przesadzie - ta jest szkodliwa mimo intencji.

Teraz Palikot - jak mówią niektórzy politycy PO - zagraża spójności własnej partii. Oczywiście nie tak, że ta potężna partia od razu się rozpadnie, powstaną frakcje itd. Nie, dziś absolutnie nie. Nie będzie chętnych do wymiksowania się z partii, która miewa 60 proc. poparcia. Gdy na dodatek konkurencja przeżywa jeszcze większe wewnętrzne perturbacje.

Ale Palikot uruchomił pewien niedobry mechanizm - posłowie PO zaczęli publicznie się krytykować. Z coraz mniejszymi zahamowaniami. To nie jest pierwszy przypadek, tak też było w czasie afery w zachodniopomorskiej Platformie i podczas dyskusji nad ustawą bioetyczną. Wtedy jednak, w pierwszym przypadku była to kwestia lokalna, w drugim debata pokrywała się ze znanymi już liniami podziału na tle światopoglądowym. Emocje zresztą nie były zbyt wielkie i nie da się powiedzieć o osobistych urazach wśród dyskutantów.

Teraz wiele osób w Platformie poobrażało się na siebie. Skutki tego, o ile będą widoczne, to za wiele miesięcy. Wiadomo jednak, że historie konfliktów w polskich partiach politycznych zaczynały się właśnie tak: kiełkowały lata wcześniej. Dzieje się to jednocześnie w momencie, gdy wielu pozapartyjnych zwolenników Platformy jest już znudzonych głośnym wyrażaniem dlań poparcia. To skądinąd proces naturalny, w końcu Donald Tusk rządzi już prawie półtora roku. Jednak to naturalne znużenie połączone z niesmakiem wywołanym przez Palikota staje się paliwem dla opozycji. A czy ona zacznie to wykorzystywać? To już inna historia.