To tabloidalna, choć naturalna cecha naszego życia publicznego powodująca, że z przyjemnością nicujemy każdy ich urlop na drobne kawałki i rozliczamy z każdego dnia odpoczynku. Gdy słyszą o którymś z tych dwóch wątków, wpadają w drgawki. Rozsądek polityczny nakazywałby więc ucieczkę od urlopów, pracę od rana do nocy. Ale oni nie mogą. Zmęczenie jest silniejsze. To dlatego w czasie kryzysu gazowego premier Tusk na kolejnym w tym roku urlopie szusuje na nartach, choć opozycja stwierdza, że nie ma go w w kraju w chwili, gdy Polakom może zabraknąć gazu. Ale opozycja tylko popiskuje. Wie bowiem, że jak uderzy zbyt mocno, ludzie PO natychmiast wyciągną im fakt, że prezydent, gdy tylko może, zwiewa do rezydencji w Juracie. Z szacunków wynika, że spędza tam około 100 dni w roku.

To zmęczenie jest dość sprawnie – bo maszyny propagandowe przecież działają – ukrywane. Tylko najbliżsi ludzie Lecha Kaczyńskiego wiedzą, że potrafi co do godziny wyliczyć, ile z dni jego rzekomego wypoczynku upłynęło na pracy, bo wybuchały kolejne kryzysy. Jak gruziński w sierpniu, który to miesiąc od początku poprzedniego roku był planowany jako czas potężnego ładowania akumulatorów. Chodzi wtedy prezydent po pokojach Pałacu Prezydenckiego i przedstawia współpracownikom te swoje wyliczenia. Oni słuchają tych żali, choć co chwila, gdy Kaczyński znika w którymś pokoju, niknie jego głos. Tak samo, jak widzą fruwające pod sufitem gazety, gdy któryś z publicystów opisze prezydenta jako niezbyt pracowitego. Albo kiwają ze smutkiem głowami, gdy kolejne przemówienie okazuje się w swym zapętleniu mało zrozumiałe. Prezydent – mówią do siebie ze zrozumieniem – jest przecież tak bardzo zmęczony.

Tak samo niektórzy w otoczeniu Donalda Tuska dostrzegają ten nerwowy tik na jego twarzy, kiedy zmęczenie przechodzi w lekką, choć potencjalnie wybuchową agresję. I tylko oni wiedzą, że w poniedziałek, kiedy wraca z Gdańska, lepiej nie przychodzić z ważnymi sprawami. Pamiętają, że wtedy na pewno jest wściekły i dopiero koło wtorkowego popołudnia odzyska stabilność. Jak to mówią – sinusoida jego nastrojów złapie dobry poziom, by szczyt dobrego samopoczucia osiągnąć w piątek. Słyszą, jak zdarza mu się besztać publicznie dziennikarzy, na co kiedyś nie pozwalał sobie nigdy. Albo wiedzą, że ten dziwaczny gadżet na jego biurku, ten mały, kiwający się w prawo i lewo, wycięty z gazety Lech Kaczyński to nie tyle zabawka, ile mobilizator do walki i wysiłku. To wizualizacja wroga, do którego pokonania dąży, to motor pozwalający odnaleźć w sobie ostatnie zasoby energii. Żeby w chwilach zwątpienia odpowiedzieć na pytanie – po co właściwie tu jestem?

<<<obejrzyj zdjęcie figurki na biurku Donalda Tuska

To zmęczenie obu jest zresztą jakoś naturalne. Da się jego zapowiedź wyczytać z życiorysów obu polityków. Lech Kaczyński, profesor prawa pracy, na początku lat 90. szef Najwyższej Izby Kontroli, wraz ze zwycięstwem prezydenckim wpadł w świat, którego wcześniej nie smakował. Wszedł w wir, o którym wiedział, ale którego tempa nie przewidywał. Nie znaczy to, że nie umie ciężko pracować. Potrafi. Ale tempo jest za duże. Preferuje więc zrywy, skoki, lubi dodającą adrenaliny akcję. To zaś jeszcze bardziej potęguje zmęczenie. Podobny problem ma premier Tusk – ze świata, w którym polityka jawiła się jako jedno wielkie spotkanie towarzyskie, wskoczył w kalendarz, gdzie znalezienie godziny tylko dla siebie jest poważnym wyzwaniem. On jednak próbuje inaczej wyjść z tej pętli – woli ciąć spotkania (w tym zagraniczne), niż wpadać w korkociągi przemęczenia. Za wszelką cenę pilnuje dwóch rzeczy – piłki nożnej raz na tydzień i weekendów w Sopocie, gdzie – wbrew zapewnieniom, że pomieszkuje w Warszawie – została żona.

O co myśmy się spierali?

Ale nie warto by sobie sprawą zawracać głowy, gdyby problem ograniczał się do zmęczenia fizycznego. Problem jest szerszy – to zmęczenie dotychczasowym konfliktem, jego kształtem i temperaturą, a przede wszystkim – tym nieznośnym skupieniem na jałowym, wzajemnym udowadnianiu sobie, że jeden ma wilcze oczy i głód władzy, a drugi jest totalitarnym szaleńcem. Oczywiście, gdzieś w środku i gdzieś u zarania tego sporu były wyraziste i ważne różnice, spór Polski Solidarnej z Polską liberalną, debata o tym, czy głównym problemem państwa polskiego jest dramatyczne niedoinwestowanie, czy nowotworowy rozrost. Ale z czasem, wraz z narastaniem emocji, warstwa merytoryczna stawała się coraz bardziej tłem, a sami bohaterowie z animatorów przeistoczyli się w kukiełki. Zostali obsadzeni przez Polaków w rolach ograniczonych do tego konfliktu. To, czego się od nich oczekuje, to tylko odgrywanie tych schematycznych ról.

Przemówienie prezydenta jest ciekawe i warte zauważenia tylko wtedy, gdy zawiera atak na premiera. Podpisanie uchwalonej przez większość rządową ustawy nikogo nie interesuje, bo nie niesie konfliktu. Tak samo wywiad Tuska (jak ostatni we „Wprost”), gdzie nie ma słowa o Kaczyńskim, nie zasługuje nawet na wzmiankę w innych mediach. Nie mówiąc już o wspólnej i zgodnej, a więc jakże nudnej, wyprawie zagranicznej. Niczym narkomani przyzwyczajeni do dużych, coraz większych dawek, nie potrafimy już dostrzec nic ciekawego w zwykłej polityce, w której Tusk i Kaczyński od czasu do czasu się mylą albo mają rację, gdzie opis obu polityków daleki jest od nieskomplikowanego czarno-białego zestawienia.

Zauważyli to i oni sami. I dlatego usłużni doradcy przestali być tak bezrefleksyjnie nagradzani za każdy atak na drugą stronę, dlatego pojawiła się autorefleksja. Dlatego szef kancelarii premiera Tomasz Arabski szuka raczej winnego wmanewrowania go w sytuację, gdy w świetle kamer udowadnia, że prezydent nie ma prawa do samolotu rządowego, niż jest z tego dumny. A prezydencki doradca Michał Kamiński schował się w cień zastąpiony w mediach przez dużo bardziej stonowanego szefa Kancelarii Prezydenta Piotra Kownackiego. Jest oczywiście i teoria druga – że ta chwilowa cisza w tej wojnie polsko-polskiej to tylko przerwa wywołana piarowskim przekonaniem, że granica kompromitacji została przekroczona. Że teraz to już się nie opłaca. Nie przekonuje mnie to, bo i wcześniej zarobek propagandowy był znikomy. Jakby nie patrzeć, to paliwo wzajemnej niechęci przestało na razie dostarczać energii. Pozostał spory katalog zachowań, o których chcieliby obaj pewnie zapomnieć.

Ozdrowieńczy kryzys

Nikt dziś nie wie, jak mocno uderzy w Polskę kryzys, ale jedno nie ulega wątpliwości: będzie gorzej, niż sądziliśmy 6 miesięcy temu i cztery tygodnie temu. Co więcej, wszelkie prognozy biorą w łeb, bo każdy dzień przynosi coraz gorsze dane. Już nie tylko spadek wpływów podatkowych i konieczność cięcia wydatków budżetowych, ale też rosnące bezrobocie i wynikająca z tego dziura w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych czy mdlejąca złotówka. W katalogu zmian, jakie niesie kryzys, warto zapisać też coś mniej uchwytnego. To widoczna na twarzach ludzi desperacja, gdy protestują przeciw bankructwu ich fabryki, jak w Krośnie, przeciw ograniczeniom produkcji, jak w Rzeszowie.

Takich twarzy nie było na polskiej ulicy od lat, a dokładnie od końca lat 90. Przez ostatnią dekadę fabryki też w Polsce przecież upadały, ale emocje były inne. Bo gdy bezrobocie spadało, utrata pracy była poważnym problemem, ale nie dramatem i katastrofą, czym znowu zaczyna być. Nie było tej ściany za plecami, tego poczucia, że nie ma dokąd pójść. Bo wszyscy wokół też zwalniają. Ten klimat ponownie przywraca polskiej polityce powagę, czyni prezydencko-premierowski spór śmiesznym i jałowym. I nie zdziwiłbym się, gdyby teraz Donald Tusk, nadal przecież według sondaży jeden z trójki najpopularniejszych polityków, dostał jajkiem, próbując opowiadać na jakimś wiecu o winach Lecha Kaczyńskiego. Bo kogo to jeszcze obchodzi? Mam wrażenie, że coraz mniejszą grupę. Temat estetyki Kaczyńskich, ten główny podział polskich rodzinnych stołów przez ostatnie cztery lata powoli odchodzi zastępowany przez kryzys. To ostatnie słowo co innego znaczy dla rodziny, której podskoczyła rata kredytu, a co innego dla kogoś, kto stracił pracę, ale w równym stopniu wypycha inne.

I Lech Kaczyński, i Donald Tusk nie mogą być na to ślepi. I nie są. Mianowanie przez prezydenta dwóch nowych doradców ekonomicznych, wyraźne spoważnienie premiera w czasie wystąpień medialnych, porzucenie tego specyficznego luzu to wyraźne oznaki przygotowań do nowego etapu w polskiej polityce. Ale mylą się ci, którzy sądzą, że oś sporu pozostanie ta sama, że dalej cała Polska będzie w napięciu śledziła ich zmagania, że zmienią się tylko hasła. Przeciwnikiem obu będzie kryzys, a każda zbyt jawna próba przerzucenia odpowiedzialności za nieszczęścia na drugą stronę będzie niewiarygodna. Każdy kamień rzucony w drugą stronę wróci do autora.

Tylko oni dwaj?

A jeśli jednak to zrobią? Jeśli odpowiedzią na własne i publiczności zmęczenie będzie więcej tego samego, czyli dalsze skupianie się na wzajemnej walce? Czy wtedy ten dwubiegunowy system rozszczelni się? Albo inaczej – może rację mają ci, którzy dowodzą, że stronom zależy na eskalowaniu konfliktu, bo to nie dopuszcza do poważnej gry nikogo trzeciego? Prawda leży gdzieś pośrodku – pewien poziom konfliktu i konkurencji jest niezbędny. Spięcia między pałacami muszą się zdarzać. Jeśli jednak będą one nadal jedynym przejawem aktywności, to paradoksalnie w nowym kontekście obrócą się przeciwko głównym graczom. Pod koniec zeszłego roku wyraźnie to można było wyczuć, kiedy w szczycie wojny samolotowej lewica przystąpiła do ofensywy wyśmiewającej te „prawicowe wojenki”. I na chwilę wyraźnie zyskała i w sondażach, i we własnych oczach. To się może powtórzyć. Zwłaszcza że za rogiem czekają potencjalni kandydaci do walki o prezydenturę. Od Marcinkiewicza (za rok jego obecne kłopoty mocno przecież przyschną) przez Radosława Sikorskiego po Bogdana Zdrojewskiego i Zbigniewa Ziobrę.

Ale także własne obozy obu kandydatów będą uważnie patrzyły na liderów. Jeśli Donald Tusk za bardzo skupi się na wojnie z prezydentem, to w sytuacji dość prawdopodobnego spadku notowań jego partii, jego przywództwo może osłabnąć. A PO – wbrew obrazowi medialnemu – wcale nie jest monolitem. Dla Lecha Kaczyńskiego zaś scenariusz eskalowania konfliktu mógłby oznaczać ostateczne pogrzebanie szans na drugą kadencję. Bo w starciu z kryzysem może zyskać. W starciu z Tuskiem – już chyba nie.

Półtora roku - mało zostało

W morzu kryzysowych wypowiedzi zupełnie umknął fakt wycofania się rządu, wskutek szukania oszczędności, z dużej części reform takich jak wprowadzenie obowiązkowych zerówek dla 6-latków czy de facto zatrzymanie reform w armii. Dołóżmy do tego kompletne fiasko prób zreformowania systemu ochrony zdrowia i zdezaktualizowanie się w dobie kryzysu planu szybkiego wejścia do strefy euro. To czyni bilans ostatnich kilkunastu miesięcy wręcz dramatycznie słabym. A przecież, chcę w to nadal wierzyć, w polityce musi o coś chodzić. I na ile znam Donalda Tuska, zdaje on sobie z tego sprawę.

Ale także i Lech Kaczyński, jeśli może sobie czegoś gratulować, to tylko spraw takich jak zorganizowanie misji gruzińskiej. W polityce wewnętrznej jego bilans to głównie sukcesy w powstrzymywaniu PO, ale też te bitwy toczone były głównie w Sejmie. Efekt zmiany rzeczywistości w obu przypadkach jest niewielki. Bo chyba tylko najwięksi propagandziści PO mogą uznać, że zmiana obowiązkowego meldunku na równie obowiązkową rejestrację w nowym miejscu zamieszkania to jest właśnie to, po co przejmowali władzę.

Gdy odsiejemy tego typu działania pozorne, naprawdę nie zostaje wiele. To powiększa zmęczenie. Poczucie zmarnowanego czasu musi być ogromne. Tym większe, im ambitniejsze były plany. A przecież premier Tusk i jego ludzie naprawdę uwierzyli w to, że tylko nieudolność pisowskiej ekipy nie pozwala Polsce na skok cywilizacyjny, na zbudowanie setek kilometrów autostrad, na odzyskanie miana tygrysa Europy. I co? I budują równie wolno, jak poprzednicy. I tak samo szarpią się z powolną machiną państwową. A Lech Kaczyński? Przypomnijmy początek – IV Rzeczpospolita, nowe państwo. Mocne szarpnięcie na początku, a potem już tylko rutyna przerywana szybko zarzucanymi inicjatywami. To na pewno nie jest nowa jakość. To jest pewnie lepsze niż za Kwaśniewskiego, ale to nie jest na skalę minimalnych choćby ambicji.

Tak, jestem przekonany, oni dwaj są tym zmęczeni. Co bardziej krewcy działacze z otoczenia dalej mają siłę, Aleksander Szczygło pewnie spróbuje zdynamizować BBN, Iwona Śledzińska-Katarasińska pewnie napisałaby chętnie jeszcze jeden haniebny „raport medialny”, ale to są dziś emocje niszowe. Nawet Jarosław Kaczyński wyczuł, że musi szukać nowego tonu. Bo choć Donald Tusk i Lech Kaczyński grają dalej swoje role, to ich najbliżsi ludzie coraz częściej na pytanie o plany liderów odpowiadają: - Nie wiem, na razie muszą odpocząć. Bez tego nie pociągniemy.