Sytuacja, w jakiej się obecnie znaleźliśmy, na pierwszy rzut oka wygląda paradoksalnie. Z jednej strony rząd deklaruje, że dysponuje trzema miliardami euro na obronę polskiego złotego. Z drugiej wiemy, że nasze rezerwy walutowe to ponad 50 miliardów euro. Dodatkowo analitycy i ekonomiści mówią, że do zmiany na rynku walutowym w tej chwili wystarczyłaby kwota wielokrotnie mniejsza - pięćdziesiąt lub sto milionów euro.

Pojawiają się zatem pytania, dlaczego nasz rząd wcześniej nie rzucił tych pieniędzy na rynek i dopuścił do takiego spadku złotego? I dlaczego NBP nie korzysta w obronie polskiej waluty ze swoich rezerw?

>>> Cezary Michalski: Czuwając przy zwłokach złotówki

Dlaczego? Bo byłyby to tylko działania pozorne. Płytkość rynku - czyli sytuacja, w której do zachwiania złotówką potrzeba zaledwie tych 50 czy 100 mln - jest dość chwilowa. W momencie, gdyby na rynku pojawiły się większe pieniądze, międzynarodowe instytucje finansowe zorientowałyby się natychmiast, że rynek zyskał płynność i krąży na nim znacznie więcej pieniędzy. Wówczas gra o złotego toczyłaby się na znacznie wyższych poziomach. O ile rządowy pomysł interwencji za pomocą środków unijnych uznany został za dobry i względnie neutralny dla bezpieczeństwa ekonomicznego państwa, o tyle wejście w spekulacyjną grę mogłoby być naprawdę niebezpieczne.

Byłbym natomiast zupełnie przeciwny temu, by rozmawiać o naruszaniu rezerw walutowych Polski. Tych ponad 50 mld euro wydaje się sporą kwotą. Ale trzeba mieć na uwadze także to, że ta kwota nie jest olbrzymia - szczególnie jeśli pamiętamy, iż została przewidziana jako nasz wentyl bezpieczeństwa na czasy przedkryzysowe. W momencie tak dużej nerwowości na rynku również te pieniądze mogą się okazać niewystarczające. Najlepszym przykładem jest Rosja, która do tej pory na obronę rubla wyłożyła ponad 200 mld dolarów. A rubla nie udało się uratować, bo mimo wielkich starań waluta ta ciągle słabnie. Rosjanie zaś nadal w błyskawicznym tempie wyzbywają się rezerw walutowych.

Podobnie może się stać w przypadku Polski, jeżeli tylko instytucje finansowe zorientują się, że Polska jest bardzo mocno zdeterminowana, aby bronić polskiej waluty. Naruszenie rezerw byłoby już świadectwem takiej determinacji.

Co mogłoby się wówczas dziać? Otóż, kwoty, które zaczęłyby krążyć na rynku walutowym w odniesieniu do złotego, mogłyby się stać znacznie wyższe. Stwarzałoby to gigantyczną pokusę do ataku spekulacyjnego na złotego. Takie przykłady mieliśmy już w przeszłości, np. atak George'a Sorosa na funta - gdy brytyjski bank postanowił bronić swojej waluty, wyzbywając się rezerw walutowych i przegrał. Soros natomiast zarobił na tej operacji niemałą fortunę. Taki zorganizowany atak na złotego wiązałby się z wielkimi pieniędzmi instytucji finansowych oraz z wręcz gigantycznymi nakładami, które musiałby wtedy zaangażować NBP, wyzbywając się wentylu bezpieczeństwa. A skutek takiego działania pozostaje niewiadomy, bo w każdej chwili mógłby się powtórzyć scenariusz brytyjski.

Właśnie dlatego pytanie, dlaczego nie bronimy się, wrzucając na rynek sum podtrzymujących kurs złotego, jest tylko pozornym paradoksem. W światowym świecie finansów gracze by się bardzo szybko zorientowali. A gdyby do tego doszło, mielibyśmy do czynienia z zupełnie innymi sumami oraz grą potężnych instytucji finansowych. Grą o niewiadomym wyniku. Lepiej nie mówić o tym, co mogłoby się stać w momencie, gdyby nasze rezerwy walutowe stopniały choćby o połowę. Z pewnością mielibyśmy wtedy znacznie większe kłopoty niż obecnie.