Postkomunistyczna "Trybuna" nie ma zbyt wiele dobrych dziennikarskich strzałów. Kopalnią newsów zazwyczaj nie jest. Tym razem jednak trafiła się jej perełka. Wykład o tym, jak bardzo emigracja, obyczajowe rozpasanie, swoboda w relacjach męsko-damskich niszczą rodzinę:

"Mam prawie 49 lat, dobrą i wspaniałą rodzinę, kochaną i bardzo kochającą żonę, czwórkę dzieci i wnuka" - przedstawił się prelegent, który dalej opowiadał, jak trudny - z punktu widzenia życia rodzinnego - jest pobyt na emigracji. "To nie jest łatwe życie, ale jest możliwe. Żona uznała, że dla naszego wspólnego dobra i dla rodziny będzie lepiej, jeśli ona stworzy ognisko domowe - miejsce, do którego każdy z nas z dużej rodziny będzie mógł wrócić, przyjść, ogrzać się przy nim. Nawet gdy byłem przez dziewięć miesięcy premierem, żona nie była ze mną ciałem, była duchem. Przyjeżdżała do mnie, ja jeździłem do domu, ale poświęciłem się wtedy pracy" - i wszystko jasne. To mówił Kazimierz Marcinkiewicz.

Były premier, przez "Trybunę" (choć pewnie nie tylko) nazwany pierwszym amantem Rzeczypospolitej, głosił dalej: "Odebrałem katolickie wychowane w domu i poza domem (...). Myślę, że o zagrożeniach chrześcijanina, które dotykają mnie, moją rodzinę, moich przyjaciół i znajomych, mogę chyba opowiedzieć". Dalej Marcinkiewicz narzekał na współczesne czasy, gdy młodzi ludzie żyją "bez dzieci, ślubu, Kościoła". Ocenił to jednoznacznie: "Straszne - bez wartości, bez zasad, bez sensu. Łamią swoje sumienie".

Kazimierz Marcinkiewicz ten wykład wygłosił w Tyńcu na zjeździe Oblatów Benedyktyńskich. W listopadzie ubiegłego roku. Miesiąc później prasa ujawniła jego romans z Isabel. Mówił więc o czymś, o czym miał ogromną wiedzę. "Trybuna" gani Marcinkiewicza za obłudę. On sam - znając jego zamiłowanie do PR - przedstawi to jako objaw profesjonalizmu.