Dla wyjaśnienia: w poniedziałek ukazał się tekst na temat wyborów do Parlamentu Europejskiego i prawdopodobnych pojedynków, jakie stoczą ze sobą politycy PO, PiS i lewicy. Ilustracją do tekstu były twarze sześciu polityków, którzy zetrą się ze sobą w pojedynkach podczas czerwcowych wyborów. Zdjęcia mojego rozmówcy nie było. "Dlaczego? Też startuję i moglibyście mnie pokazać" - wypomina mi polityk.

Przykład drugi. Jakiś czas temu przeprowadzałam wywiad z jednym z polityków lewicy. Wywiad był autoryzowany. W dniu, w którym się ukazał, zadzwonił do mnie jego bohater. "Oj, pani redaktor... Kłamiecie, manipulujecie!" - zaczął. Pytam zaniepokojona, o co chodzi. Cisza. Po chwili polityk pyta: "A jaki ja mam kolor oczu?". Przyznam, że zbaraniałam. "Niebieskie. Niebieskie, nie zielone. A u was w gazecie mam zielone!" - wyjaśnia.

Przykład trzeci. Tym razem dotyczy bardzo ostatnio medialnego posła PO. Historia jest stara, ale pamiętam ją do dziś. Napisałam o nim tekst. Polityk oddzwonił do mnie. Był oburzony, że tekst jest dla niego złośliwy. Minęło kilka godzin. Zadzwonił ponownie. "Rozmawiałem z moimi współpracownikami i w sumie mówią, że wcale nie wyszło tak źle" - oświadcza już w znacznie lepszym humorze. Po chwili zastrzega: "Zdjęcie jednak mogliście dać lepsze!".