Na początku stycznia Donald Tusk wyjechał na urlop - jak zwykle sam zasiadł za kierownicą swojej toyoty auris. Gdy dojechał do granicy z Niemcami, jadące za nim od Sopotu ciemne audi A8 zawróciło. To jednak wcale nie oznaczało, że premier pozostał bez ochrony. Przez cały pobyt we Włoszech premiera pilnowali borowcy, ale robili to tak, by szef rządu ich nie widział. Wybrano funkcjonariuszy spoza stałej grupy chroniącej Donalda Tuska, dodatkowo wynajęto dla nich samochody - dla niepoznaki białe.

Takich sytuacji jest znacznie więcej. Jeden z funkcjonariuszy BOR opowiada w rozmowie z "Wprost", jak w czasie joggingu na plaży w Sopocie premier nagle zrzucił dres i... wskoczył do wody. Borowik miał problem. Musiał lecieć za nim i nie wiedział, co w tej sytuacji miał zrobić z bronią. Jak tu chronić gościa, który potrafi w tłumie ludzi bez uprzedzenia wskoczyć do wody? - pyta. 

Coraz częściej jednak mówi się, że niechęć premiera do ochrony wynika nie tyle z pragnienia swobody, ile ze względów wizerunkowych. Tygodnik przywołuje sytuację z kampanii wyborczej: Tuskobus stoi gotowy do odjazdu. Rzecznik rządu Paweł Graś wydaje polecenie szefowi ochrony Tuska, Krzysztofowi Klimkowi - ochrona ma się trzymać z daleka od autobusu. W związku z tym nie może jechać w zwartym szyku, a musi się chować za tuskobusem.

Bezpieczeństwo przegrywa z wizerunkiem. Graś potrafi ustawiać szyk ochronny wokół premiera. Musimy uważać na kamery - zamiast się koncentrować na robocie, zwracamy uwagę, by nie wejść w kadr - mówi były borowiec. A szef ochrony premiera jest coraz częściej nazywany Krzysztof "Nic Nie Mogę" Klimek. 

Paweł Graś jednak odpiera te zarzuty. Bezpieczeństwo jest priorytetem. Wszystkie decyzje dotyczące tej sfery podejmuje dowódca ochrony, a nie politycy - przekonuje w rozmowie z "Wprost".  tym - jak dodaje - borowców nikt nie musi pouczać, bo to fachowcy. Jednak liczącą cztery auta kolumnę, którą powinien poruszać się premier, ograniczono do dwóch auta. Dwoma pozostałymi jeżdżą: rzecznik rządu Paweł Graś i spec od wizerunku Igor Ostachowicz.

Funkcjonariusze jednak żalą się, że premier jest wobec nich nieufny i dlatego o niektórych spotkaniach dowiadują się ledwie 20 minut wcześniej. A wówczas nie ma szans na przeprowadzenia procedury "sprawdzenia". Po wszystkim wypełniany jest tylko formularz "dozoru", a borowcy gratulują sobie, że znów się udało. Zamieszanie panuje także w czasie przygotowywania wizyt zagranicznych, zwłaszcza gdy dogadać się musi Kancelaria Premiera, Kancelaria Prezydenta i MSZ. W praktyce wszystko dzieje się na ostatnią chwilę, nawet w nocy. U nas jest "rwanie jaj", a MSZ  - mówi ppłk Marek Sajdak, były funkcjonariusz z 21-letnim stażem. 

Premier, podobnie jak prezydent, wicepremierzy, marszałkowie Sejmu, Senatu oraz szefowie MSZ i MSW, nie może zrezygnować z ochrony BOR.