Szef rządu wciąż nie powołał nowego prezesa Krajowej Izby Odwoławczej, choć poprzednia szefowa Klaudia Szczytowska-Maziarz złożyła dymisję w połowie stycznia, a formalnie odeszła z pracy 1 marca. Tymczasem we wtorek zachorowała jedyna wiceprezes – Anna Chudzik. Oznacza to paraliż izby, i to w najgorszym z możliwych momentów: gdy zasypują ją odwołania dotyczące przetargów śmieciowych.

Ta sytuacja poważnie utrudnia, a w dalszej perspektywie może nawet uniemożliwić funkcjonowanie izby – przyznaje Małgorzata Stręciwilk, rzecznik KIO.

Dlaczego przez tyle miesięcy Donald Tusk nie powołał nowego szefa izby? Centrum Informacyjne Rządu nie odpowiedziało nam na to pytanie.

Skutki opieszałości mogą być katastrofalne. Od wtorku nie są wyznaczane terminy rozpraw, chociaż odwołania w sprawach przetargowych wciąż wpływają. Wyznaczanie składu orzekającego czy terminu rozprawy leży jednak w wyłącznej kompetencji prezesa KIO.

Przebywająca na zwolnieniu wiceprezes próbuje ratować sytuację. – Mając na względzie zapewnienie bieżącej działalności izby, Anna Chudzik upoważniła określone osoby spośród członków izby do zastępowania jej w okresie pozostawania na zwolnieniu lekarskim – tłumaczy Małgorzata Stręciwilk.

Innymi słowy wiceprezes udzieliła im pełnomocnictw, w których przekazała swoje ustawowe kompetencje. To decyzja ryzykowna i bezprecedensowa. Nie można jej porównywać ze zwykłym umocowaniem w sprawach cywilnych czy administracyjnych. KIO nie jest bowiem zwykłym organem administracyjnym, co zresztą sama podkreśla w swoim orzecznictwie. Należy ją traktować jako organ quasi-sądowy. To tak, jakby prezes sądu umocował swojego kolegę do wyznaczania za niego składów orzekających.

Takie rozwiązanie wydaje się mocno wątpliwe pod względem prawnym i wiąże się z ryzykiem podważania ważności wyroków – ostrzega dr Włodzimierz Dzierżanowski, prezes Grupy Doradczej Sienna.

Sytuacja jest patowa. Albo KIO będzie orzekać, licząc się z możliwością podważenia swoich rozstrzygnięć, albo przetargi nie będą mogły się już toczyć. Szczególnie uderzyłoby to w gminy, które czekają na rozstrzygnięcie odwołań w sprawach przetargów na odbiór śmieci. Kluczbork, Kąty Wrocławskie, Namysłów, Koluszki – to tylko niektóre z miast liczących na szybkie wyznaczenie rozprawy. A każdego dnia wpływają kolejne odwołania. Umowy z firmami odbierającymi odpady muszą zaś być zawarte do 1 lipca, kiedy rusza rewolucja śmieciowa. Dotychczas zdecydowana większość wyroków zapadała w ciągu 15 dni.

– Jeśli przez dłuższy czas sprawy nie będą trafiać na wokandę, to dotrzymywanie tego terminu stanie się po prostu niemożliwe. Nie jesteśmy w stanie funkcjonować bez podstawowego organu izby – mówi Małgorzata Stręciwilk.