Kolejny, trudny do podważenia dowód, że Platforma i PiS są jak awers i rewers tej samej monety, to meandry polskiej polityki zagranicznej. W czasach gdy MSZ kierował Radosław Sikorski, III RP stopniowo przywierała do Niemiec, aż w końcu zbliżenie zamieniło się w bezwarunkowe, a – co gorsza – bezmyślne oddanie.

- Niemcy stały się niezbędnym narodem Europy. Nie możecie sobie pozwolić na porażkę przywództwa – mówił Sikorski w 2011 r. podczas konferencji w Berlinie, oznajmiając to, czego kanclerz Angela Merkel nie mogła powiedzieć z racji historycznych zaszłości. Dla Prawa i Sprawiedliwości wszystko, co „platformerskie”, musi być odrzucone, po czym należy zrobić dokładnie to samo, tylko odwrotnie. Na niwie polityki zagranicznej ta zasada sprowadza się do radykalnego zanegowania przywództwa Niemiec w Unii Europejskiej oraz poszukania innego mocarstwa, do którego należy przylgnąć.

W pierwszym momencie wybór padł na Wielką Brytanię. Pech chciał, że w Waszyngtonie urzędował jeszcze Barack Obama, a wedle jego koncepcji Europa powinna zmierzać w stronę federacji pod egidą Niemiec. Zbliżenie Warszawy z Londynem minister Witold Waszczykowski prezentował jako wielki sukces, dopóki, ku jego zaskoczeniu, Brytyjczycy nie zagłosowali za brexitem. Na szczęście dla polskiego MSZ wkrótce potem wybory w USA wygrał Donald Trump. Jego niedawna wizyta w Warszawie mocno podbudowała ego większości Polaków. - Dla mnie jest to prawdziwy zaszczyt, że mogę być tutaj, w Polsce. To wspaniały naród, wspaniały kraj, naprawdę– mówił w Warszawie prezydent USA.

Po wielu porażkach w polityce zagranicznej na arenie Unii Europejskiej dla rządu PiS była to chwila autentycznego triumfu. Zresztą sama otoczka wokół przyjazdu Trumpa oraz późniejsze ekscesy na ulicach Hamburga podczas szczytu G20 bardzo pomogły wizerunkowi Polski na arenie międzynarodowej. W zdestabilizowanym świecie III RP jawi się jako oaza bezpieczeństwa. Co staje się rzeczą bezcenną. W międzyczasie polski rząd, na wszystkich strategicznych kierunkach, w polityce: obronnej, energetycznej oraz priorytetach dyplomacji, wykonał manewr przylgnięcia do Waszyngtonu. Jakby chcąc w swym bezwarunkowym oddaniu naśladować to, co kiedyś Radek Sikorski wykonywał w stosunku do Berlina.

Spacer po równoważni

Jak szukać równowagi w polityce międzynarodowej, żeby na niej zyskiwać? Korepetycji mógłby udzielić Warszawie prezydent Francji. Od lat V Republika słabnie, więc Emmanuel Macron w trakcie kampanii wyborczej i zaraz po zwycięstwie obnosił się ze swą atencją dla kanclerz Merkel, postulując przy tym przyśpieszenie integracji UE. Ale dziś Paryż dla Berlina jest co najwyżej młodszym bratem. A rodzeństwo zawsze traktuje się protekcjonalnie i rozstawia po kątach, no chyba że młodszy brat ma jeszcze innego starszego brata. Pod koniec zeszłego tygodnia Macron sobie takiego znalazł, demonstracyjnie zawierając serdeczną przyjaźń z Donaldem Trumpem. W niczym nie przeszkadzało mu to, że do niedawna atakował prezydenta USA i kreował się na jego głównego oponenta jako obrońca liberalnej demokracji. Dziś, oferując Waszyngtonowi wsparcie w wielu istotnych dla amerykańskiej administracji kwestiach, Macron zyskuje sojusznika, na którym może się oprzeć. Zwłaszcza jeśli Berlin zacznie zbyt mocno forsować jedynie własne interesy. To zresztą wcale nie musi oznaczać ochłodzenia ostentacyjnej przyjaźni z kanclerz Merkel, choć między nią a Trumpem panuje iście arktyczna zima.