Dostał się pan do Sejmu, bo jest pan synem Włodzimierza Cimoszewicza.

T.C.: Kiedy ojciec jeszcze był premierem, to zaczynałem dorosłe życie. Kiedy nim przestał być, marzyłem o założeniu firmy i wokół mnie pojawiali się dziwni ludzie, którzy chcieli być pomocni. Nie miałem żadnych wątpliwości, że pojawiają się tylko dlatego, że jestem synem "tego Cimoszewicza". Wyjechałem do Stanów, bo przez kilka lat w Polsce zbierało się we mnie poczucie, że nie jestem w stanie na własną rękę czegoś osiągnąć. Wie pani, ojciec jest takim człowiekiem, że gdyby zauważył, że zrobiłem coś nieuczciwego, to... Gdybym wziął nie swój cukierek…

W.C.: …zaprowadziłbym na komisariat. I nie wahałbym się ani chwili.

T.C.: On był w polityce, odkąd pamiętam. A przez to głównie nie w domu, ale wpajał nam, że przede wszystkim mamy być uczciwi. I to jest cecha, za którą kocha się swojego rodzica.

Słyszy pan, panie premierze?

W.C.: Hm.

T.C.: Bo to przysłania wszystkie inne rzeczy, za które mam do niego żal. No, ale mieliśmy mówić o polityce. W PO się rozmawia, również o tym, co przez te 27 lat się udało lub czego się nie udało zrobić.

W.C.: Wszystkie kolejne ekipy ponoszą odpowiedzialność za brak mądrych, stosownych, dopuszczalnych w państwie demokratycznym działań wychowawczych dotyczących wiedzy obywatelskiej.

T.C.: I największy zarzut jest taki, że w okresie transformacji klasa polityczna, która zaczęła osiągać pierwsze sukcesy gospodarcze, zapomniała, że należy budować społeczeństwo obywatelskie.

Będzie się pan teraz odgrywał na ojcu polityku?

T.C.: Na nim też, bo politycy nie informowali społeczeństwa o podejmowanych krokach, zapomnieli o ludziach.

W.C.: Sam się do tego przyznaję.

Pan, panie premierze, patrzył na świat z Sejmu, Senatu, gabinetów ministerstw i premiera.

W.C.: To nie jest tylko kwestia elitaryzmu, ale skoncentrowania się na innych zagadnieniach.

Ludzie pamiętają powódź w 1997 r., pamiętają pana słowa: "To jest kolejny przypadek, kiedy potwierdza się, że trzeba być przezornym i trzeba się ubezpieczać".

T.C.: Posłowie PiS ciągle przypominają. Ale ojciec miał rację z tymi ubezpieczeniami. Do dzisiaj trzeba przypominać rolnikom, żeby się ubezpieczali. W tym roku jest idealna sytuacja, nikt nie narzeka, bo plony były dobre.

W.C.: Ale kiedy była ostatnia susza, to gadałem z ubezpieczycielem, który mówił, że tylko dwa tysiące rolników − na dwa miliony − miało ubezpieczenie od suszy. W każdym rządzie, w którym był PSL, to było tak, że jak się wydarzyła jakaś klęska, to ludowcy od razu mówili, że trzeba uruchamiać kredyty preferencyjne. Chodziło o to, żeby dać rolnikom forsę. Populistyczne, krańcowo nieodpowiedzialne zachowanie polityków doprowadza do tego, że ludzie sobie myślą: daj sobie święty spokój, jak przyjdzie co do czego, to państwo da ci pieniądze.

W powodzi nie ucierpieli tylko rolnicy.

W.C.: Oczywiście, i łączne wydatki budżetu państwa w ciągu kilku miesięcy na pomoc powodzianom wyniosły 12 mld zł. Wtedy roczny budżet wynosił 140 mld. Cała masa forsy szła na pomoc, bo trzeba było oczyszczać te miasta, wsie, budować drogi, tory i jednocześnie dać ludziom pewną zapomogę, choćby minimalną. Wtedy było nas stać na 3 tys. złotych. A tysiąc rodzin, które straciły domy, musiały dostać nowe domy.

T.C.: Warto przypominać działania, za które w 1997 r. odpowiadał ojciec, choćby w kontekście ostatniej nawałnicy na Pomorzu. Wszyscy słyszeliśmy od polityków PiS, że PO miała blokować te działania. Myślę, że można zadać politykom PiS pytanie: Jeśli możecie wysłać leśników z Pomorza do Puszczy Białowieskiej do bicia ekologów, to jakim cudem nie mogliście przerzucić oddziału WOT w miejsce klęski żywiołowej?

W.C.: Tomasz, ale PO też zapomniała o ludziach. Donald Tusk miał bezsensowny bon mot: Jak ktoś ma wizję, niech idzie do okulisty.

Zaraz pana wyrzucą z Platformy za ojca.

T.C.: U nas za słowa rodziców się nie odpowiada. Całe życie starałem się kierować maksymą Kennedy’ego: Nie pytaj, co państwo może zrobić dla ciebie, tylko co ty możesz zrobić dla państwa.

Po ojcu pan powtarza.

T.C.: Duża część społeczeństwa pyta, co to państwo może mi jeszcze dać.

Bo bieduje albo biedowała.

T.C.: Kilka dni temu prezydent Andrzej Duda powiedział, że program 500 plus o 90 proc. zmniejszył ubóstwo wśród dzieci.

W.C.: To na pewno nie jest tak, bo się liczby nie zgadzają. Nadal jestem przekonany, że rozdawnictwo obarczone jest ryzykiem marnotrawstwa, ale przyznaję, że znam przypadki rodzin wielodzietnych, którym wcześniej żyło się bardzo biednie, a teraz się żyje dużo lepiej. Szczerze? Już nie pyskuję przeciwko temu programowi.

T.C.: Zgadzam się z ojcem co do tezy, że możemy iść śladem krajów europejskich i pomagać rodzinom. Jednak nie podoba mi się wyprowadzanie kobiet z rynku pracy, zamykanie ich w domach, co jest oczywiście na rękę Kościołowi.

Z tego, co wiem, to pan jest katolikiem z wyboru, ochrzczonym w dorosłym życiu.

T.C.: Jeśli jednak Kościół nie zrobi porządku z o. Rydzykiem, będzie pozwalał na to, żeby ten przyjmował od państwa ponad 77 mln zł,
to dokonam apostazji.

W.C.: Twoja partia przyłożyła się do rozwoju imperium o. Rydzyka.

T.C.: Wy też mu nie przeszkadzaliście. I Kościołowi dawaliście pieniądze.

W.C.: Całą artylerię można uruchomić przeciwko mnie, ponieważ w pewnym sensie dałem najwięcej Kościołowi. Byłem tym premierem, który zdecydował, że katecheci uczący religii będą dostawali pensje.

T.C.: Pogrążyłeś nas obu.

W.C.: Na swoje usprawiedliwienie powiem, że uważałem i nadal uważam, że religii nie powinno być w szkołach publicznych.

T.C.: Przynajmniej tyle.

W.C.: Uważam, że to, co się stało z Polakami, narodem w większości chrześcijańskim, od wiosny do późnej jesieni 2015 r. jest dla mnie trudne do wytłumaczenia. PiS udało się zmienić nastawienie do uchodźców co najmniej połowy z nas. To absolutna klęska misji Kościoła w Polsce. Skrajnej prawicy udało się popchnąć społeczeństwo ku akceptacji wartości antychrześcijańskich.