"Ja kultu Wałęsy nie podzielałem przez przekorność mojej duszy oraz przez to, że już wtedy niepokoiły mnie niektóre cechy jego charakteru" - mówi prezydent.

Według Lecha Kaczyńskiego, władze PRL miały papiery nie tylko na Wałęsę. "Władza miała dowody uwikłania Jarosława Sienkiewicza, szefa strajku na Śląsku, czy Mariana Jurczyka, choć tysiące razy przysięgano, że nie był agentem SB, a przecież był. Władze sądziły, że będą umiały wykorzystać posiadanego na Wałęsę haka. Nie przewidziały jednak skali rewolucji" - twierdzi Kaczyński.

"Wałęsa chciał być prezydentem już na początku lat 80. (...) Czy w latach 80. prowadził jakąś grę? Być może, ale czym innym jest prowadzić grę, a czym innym być agentem. Czym innym pisać sprawozdania, a czym innym wiedzieć, że jest bezpieka na świecie" - mówi w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" prezydent.

Lech Kaczyński spekuluje przy tym, że "wpływ na Wałęsę wywierali ludzie wojskowej bezpieki, za pomocą Mieczysława Wachowskiego. Wykorzystano także jego głębokie przekonanie, że jeśli przeciwstawi się tym siłom, to mogą go one skompromitować. Z kolei - jeśli z nimi pójdzie, to będzie rządził Polską przez 20 lat. To był argument życia" - mówi głowa państwa.

"Ale nie przesadzajmy, że w okresie rozpadu systemu Zarząd II Sztabu Generalnego WP, WSW porozumiały się z departamentami I - IV MSW i uzgodniły razem plan, jak będą rozgrywać Wałęsę. Tak nie było. Jednak splot okoliczności, jaki wpłynął na zachowanie Wałęsy po 1990 r. ciągle czeka na zbadanie" - uważa Kaczyński.