Choć Zachód podziela ukraińskie obawy, że jadąca rosyjska pomoc humanitarna może być jedynie przykrywką dla interwencji zbrojnej na wschodzie tego kraju, to nawet jeśli do niej dojdzie, reakcją krajów NATO może być jedynie dalsze zaostrzenie sankcji gospodarczych. Gorzej, że nie ma pewności, czy NATO gotowe byłoby bronić militarnie swojego członka, gdyby padł ofiarą agresji.

Nie czekając na to, aż kolumna 280 rosyjskich ciężarówek dotrze na granicę, władze w Kijowie określiły warunki, jakie muszą być spełnione, by został on wpuszczony. Konwój musi wjechać przez przejścia kontrolowane przez ukraińską straż graniczną, muszą im towarzyszyć przedstawiciele Międzynarodowego Czerwonego Krzyża i musi być znana trasa i cel jego przejazdu. Zaniepokojenie Kijowa jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę fakt, że Rosja zgromadziła na granicy 45 tys. żołnierzy.

NATO nie ma żadnych prawnych zobowiązań, by zbrojnie powstrzymywać ewentualną rosyjską interwencję na Ukrainie, ale im bardziej zuchwale zachowuje się Władimir Putin, tym bardziej zasadne jest pytanie, ile warte są gwarancje Sojuszu w stosunku do jego członków, w tym oczywiście Polski. Formalnie sprawę tę reguluje art. 5 traktatu północnoatlantyckiego, który mówi, że atak na którekolwiek z państw członkowskich będzie uznany za atak na wszystkie.

Ale to wcale nie oznacza udzielenia napadniętemu pomocy militarnej. Mówi on, iż każda ze stron udzieli pomocy Stronie lub Stronom napadniętym, podejmując niezwłocznie, samodzielnie jak i w porozumieniu z innymi Stronami, działania, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej, w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego.

Zatem użycie siły jest tylko jedną z opcji. Poza tym brzmienie tego punktu daje państwom członkowskim duże pole do interpretacji w kwestii tego, co uznają za konieczne. Któreś z nich może uznać, że w przypadku inwazji np. na Estonię nie jest konieczne wysyłanie wojsk, a wystarczą sankcje gospodarcze. Brakuje też jasnej definicji, co jest atakiem - czy jest nim np. cyberatak, w efekcie którego są ofiary śmiertelne i czy w takim przypadku można odpowiedzieć w sposób konwencjonalny?

Te niejednoznaczności w treści nie są zresztą jedynym wyzwaniem związanym z art. 5. W czasach zimnej wojny Związek Sowiecki był wspólnym i autentycznym zagrożeniem dla wszystkich państw członkowskich, więc w przypadku ataku zapewne żadne z nich nie uchylałoby się od walki zbrojnej, szczególnie że powiązania gospodarcze z blokiem wschodnim były znikome. Teraz są one na tyle duże, że większość Europejczyków nie byłaby skłonna poświęcać swojego dobrobytu.

Nie mówiąc już o tym, że bez Stanów Zjednoczonych Europa nie jest w stanie przeprowadzić żadnej większej operacji militarnej. Fakt, że NATO przez lata rozrosło się z 12 do 28 członków też nie ułatwia sprawy, bo ich interesy są czasem sprzeczne. Znamienne jest również to, że Litwę, Łotwę i Estonię - trzy państwa najmocniej narażone na niebezpieczeństwo ze strony Rosji - włączono w plany obronnościowe NATO dopiero w 2010 r., a więc sześć lat po ich przyjęciu do Sojuszu.

Sytuację komplikuje też to, że zastosowanie art. 5 nie zostało przetestowane w praktyce. W 65-letniej historii NATO powołano się na niego tylko raz - uczyniły to Stany Zjednoczone po atakach z 11 września 2001 r. Ale przyjście z pomocą było o tyle niekontrowersyjne, że agresorem nie było państwo, lecz organizacja terrorystyczna. Powołanie się na art. 5 rozważała przed dwoma laty Turcja, gdy jej wojskowy samolot został zestrzelony przez Syrię poza przestrzenią powietrzną obu krajów. Uznanie tego za atak w rozumieniu art. 5 byłoby jednak wątpliwe, bo jego treść ogranicza takie zdarzenia do terenu Europy i Ameryki Północnej.

Wobec wątpliwości, czy NATO będzie skłonne przyjść z pomocą każdemu zaatakowanemu członkowi, nie dziwi fakt, że Polska stara się zabezpieczać na inne sposoby. W realizowanym obecnie programie modernizacji armii., m.in. na zakup sprzętu przeznaczono 8 mld zł. Coraz większą rolę odgrywają zakupy broni ofensywnej np. pocisków manewrujących JASSM do samolotów F-16, które mogłyby dosięgnąć terytorium rosyjskiego, czy pocisków Tomahawk.

Przypomina to wszystko strategię Tajwanu, który ma sojusz z USA, ale zdaje sobie sprawę, że Amerykanie nie muszą chcieć z jego powodu rozpoczynać wojny z Chinami. Nawet jeśli Tajwan nie zatrzyma ewentualnej inwazji Pekinu, to ma na tyle nowoczesną broń, że zdążyłby zniszczyć np. Szanghaj. A to wystarczy, by władze w Pekinie dwa razy zastanowiły się nad agresją. Zgodnie z zasadą - chcesz pokoju, szykuj się do wojny.