Jeśli do końca lutego Grecja nie osiągnie porozumienia z Europejskim Bankiem Centralnym w sprawie przedłużenia wygasającego programu pomocowego, będzie musiała się sama finansować, co oznacza nieuchronne bankructwo tego kraju. Nie nastąpi ono automatycznie już następnego dnia, bo Ateny mają pewne rezerwy finansowe, ale może się to stać szybciej, niż ktokolwiek z analityków się spodziewał.

CZYTAJ TAKŻE: Syriza nie jest sierotą. Chętnych do pójścia śladem Grecji jest sporo>>>

Rząd Aleksisa Tsiprasa – zgodnie z przedwyborczymi zapowiedziami – nie chce przedłużenia umowy, lecz proponuje jedynie tymczasowe lub pomostowe porozumienie na kilka miesięcy, co pozwoliłoby obu stronom na spokojniejsze znalezienie kompromisu. I przekonuje, że ma rezerwy walutowe, które pozwolą na funkcjonowanie kraju przynajmniej do połowy roku.

W efekcie prowadzonej od pięciu lat polityki oszczędnościowej Grecja faktycznie wypracowała w budżecie nadwyżkę pierwotną, czyli ma większe dochody niż wydatki bez uwzględniania zwrotu długów i odsetek. Ostatnie oficjalne dane z września 2014 r. mówią, że Grecja miała rezerwy walutowe w wysokości 2,5 mld euro. Na dodatek Ateny powinny otrzymać od EBC 1,9 mld euro, które ten zarobił, skupując greckie obligacje.

Nie zbilansują się

Pierwszym problemem jest jednak to, że Grecja musi zwracać długi. W marcu kraj ten powinien oddać 1,5 mld euro pożyczki z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, po tyle samo w czerwcu i sierpniu, a do tego mniejsze kwoty w niemal każdym z pozostałych miesięcy tego roku. Później wykup z EBC obligacji o wartości 3,5 mld euro w lipcu i 3,2 mld w sierpniu. Właśnie po to, by można było spłacić te zobowiązania, Grecja potrzebuje porozumienia z EBC, które odblokowałoby przekazanie Atenom ostatniej transzy z dotychczasowego programu, i ewentualnie jakiejś dalszej pomocy.

Ale EBC wcale nie zamierza iść rządowi Tsiprasa na rękę. W zeszłym tygodniu bank zdecydował, że nie będzie już przyjmował obligacji emitowanych i gwarantowanych przez grecki rząd jako zabezpieczenia dla pożyczek udzielanych greckim bankom. Zgodnie z istniejącym mechanizmem banki komercyjne mogą pożyczać pieniądze z EBC, aby poprawić swoją płynność, ale warunkiem ich otrzymania jest zastaw w postaci obligacji.

Ponieważ greckie obligacje mają rating śmieciowy, normalnie nie powinny być akceptowane przez EBC. Jednak w ramach umowy bailoutowej – i dopóki jest ona przestrzegana – to obostrzenie w przypadku greckich obligacji zawieszono. Skoro nowy grecki rząd zapowiedział, że nie chce już jej przestrzegać, EBC to złagodzenie reguł wycofał. Poza tym może użyć jeszcze jednego środka dyscyplinującego, czyli wstrzymać w ogóle udzielanie pożyczek greckim bankom komercyjnym oraz tamtejszemu bankowi centralnemu. A to oznacza dla tych pierwszych jeszcze większe problemy z płynnością.

Nie liczcie na Rosję

Sytuacja sektora bankowego jest nawet większym zagrożeniem dla greckiej przyszłości niż konieczność spłaty długów. Według szacunków w grudniu ubiegłego roku – gdy przedterminowe wybory stawały się coraz bardziej realne – z greckich banków wycofano 4 mld euro, zaś w styczniu, w miesiącu, w którym się one odbyły, aż 11 mld euro. Innymi słowy w ciągu dwóch miesięcy wartość depozytów spadła o 9 proc. Wycofywanie kolejnych oznacza dla greckich instytucji finansowych coraz większe kłopoty z płynnością.

Jeśli EBC całkowicie wstrzyma udzielanie pożyczek, teoretycznie mogą one skorzystać z mechanizmu awaryjnego wspierania płynności (ELA) poprzez grecki bank centralny. Ale EBC może się na taką pomoc nie zgodzić (tak było w przypadku Cypru w 2013 r.). Takie pożyczki są wyżej oprocentowane niż te z Frankfurtu (1,55 proc. wobec 0,05 proc.), a poza tym Grecja nie ma też zbyt wielu możliwości ich udzielania. Innym rozwiązaniem byłaby emisja krótkoterminowych bonów skarbowych, ale to także musi zaakceptować EBC. Zatem ryzyko załamania się greckiego systemu bankowego jest niezwykle poważne. To zresztą widać po kursach akcji banków. Choćby Piraeus Bank, drugi co do wielkości bank komercyjny w kraju, który od początku roku stracił na wartości 33 proc.

W tej sytuacji ocena, że rząd w Atenach ma pieniądze co najmniej do połowy roku, wydaje się co najmniej nazbyt optymistyczna. Wprawdzie teoretycznie miałby jeszcze możliwość sięgnięcia po pieniądze z systemu emerytalnego albo wstrzymania wypłaty pensji w sektorze budżetowym i świadczeń, ale byłoby to tylko chwilowe odsuwanie bankructwa w czasie przy niewyobrażalnych kosztach społecznych i politycznych. Mało realne jest także liczenie na to, że Rosja – która o Tsiprasie wypowiada się bardzo ciepło – udzieli na tyle dużej pomocy finansowej, by zapewnić Grecji sfinansowanie wszystkich tegorocznych potrzeb.

Według cytowanych przez Bloomberga źródeł zbliżonych do greckiego rządu pieniędzy może zabraknąć już na początku marca. Wtedy Tsipras stanie przed wyborem: albo przyjmie warunki EBC, które do tej pory odrzucał, albo jego kraj zbankrutuje i przybliży decyzję o emisji drachmy. Tego drugiego rozwiązania nikt jednak nie chce i mimo że jego prawdopodobieństwo rośnie, to nadal – zdaniem analityków – większa jest szansa, że ostatecznie Ateny i EBC dojdą do porozumienia.

Ateny i Bruksela coraz dalej od siebie
W środę Grecja przedstawi pozostałym państwom strefy euro całościowy plan nowego porozumienia w sprawie jej zadłużenia – zapowiedział minister finansów tego kraju Janis Warufakis. Zaprzeczył on przy okazji doniesieniom, że Atenom już w najbliższych tygodniach może zabraknąć pieniędzy. W środę w Brukseli odbędzie się posiedzenie ministrów finansów strefy euro, a następnego dnia – szczyt przywódców Unii Europejskiej.
Na razie nie ma żadnych przecieków, co Grecja zamierza zaproponować, ale osiągnięcie porozumienia nie będzie łatwe. W miniony weekend obie strony raczej usztywniły swoje stanowiska, niż zbliżyły się do kompromisu. Najpierw szef eurogrupy, holenderski minister finansów Jeroen Dijsselbloem, wykluczył możliwość krótkoterminowej pomocy finansowej dla Grecji, która pozwoliłaby jej na uniknięcie bankructwa do czasu, kiedy zostanie wynegocjowane właściwe porozumienie, i podkreślił, że Ateny do 16 lutego muszą się zwrócić o przedłużenie istniejącego programu pomocy w zamian za reformy i oszczędności.
Odrzucenie tego programu było główną obietnicą wyborczą rządzącej od dwóch tygodni Sirizy i Grecja nie chce się na to zgodzić. Nowy premier Aleksis Tsipras powtórzył to stanowisko w wygłoszonym wczoraj exposé. Zamiast tego chce on porozumienia pomostowego, czyli tego, na co nie zgadza się Dijsselbloem. W kwestiach wewnętrznych rząd Sirizy zamierza dotrzymać takich obietnic wyborczych, jak podniesienie emerytur czy zapewnienie darmowej elektryczności dla najuboższych, choć nie wszystkie zostaną spełnione od razu. – Czas na wcielenie w życie naszych zapowiedzi wynosi cztery lata – powiedział anonimowo jeden z wysokich rangą greckich oficjeli.
Tymczasem w związku z groźbą braku porozumienia z Brukselą agencja ratingowa Standard & Poor’s obniżyła w piątek ocenę wiarygodności kredytowej Grecji o jedną notę z B do B–, co oznacza, że greckie obligacje są obecnie sześć stopni poniżej poziomu inwestycyjnego. To znalazło też odzwierciedlenie w ich rentowności, która w piątek wzrosła do bardzo wysokiego poziomu 10,11 proc.