Jedna z turystek wypoczywających wraz z synami w hotelu w pobliżu Sousse relacjonowała, że wszystko zaczęło się około południa. 

- Pomyślałam: o mój Boże, to brzmi jak strzały! Wbiegłam do morza, zabrałam moich synów, chwyciłam nasze rzeczy i zaczęliśmy biec w stronę hotelu. Personel i ochroniarze krzyczeli: Biegnijcie! Biegnijcie! Ukryliśmy się w naszym pokoju, znajdującym się w niewielkim domku - opowiadała w rozmowie z irlandzkim kanałem RTE. Po rozmowie z irlandzkim konsulem dowiedziała się, że terroryści zaatakowali sąsiedni hotel.

- To brzmiało jak karabin maszynowy. A potem było słychać coś jakby eksplozję - opowiadała z kolei w rozmowie ze Sky News turystka wypoczywająca w hotelu Palm Marina. - Myśleliśmy, że ktoś odpala petardy. Jednak dość szybko zorientowaliśmy się, co tak naprawdę się dzieje - relacjonował z kolei inny gość tego hotelu. - Mój syn był wtedy w wodzie. Zaczęliśmy go wołać, by szybko wychodził. Kiedy przybiegł, powiedział, że widział, jak kogoś właśnie postrzelono - opowiadał. Dodał, że w tym momencie ludzie zaczęli masowo uciekać z plaży w kierunku budynków hotelowych. 

Jeszcze inny z turystów, który w chwili zamachu opalał się na brzegu basenu, usłyszał odgłosy wystrzałów i krzyki dochodzące od strony plaży. - W recepcji powiedzieli mi, że policja kazała wszystkim zostać w środku - opowiadał. 

Turystka ze Swansea, która przyjechała do hotelu Royal Kenz sąsiadującego z zaatakowanym obiektem Imperial Marhaba Hotel, w rozmowie z BBC opowiadała o panice, jaka wybuchła. - Usłyszeliśmy jakieś przytłumione odgłosy i zobaczyliśmy policjantów. Ludzie się przepychali, przeskakiwali przez płot. Dało się słyszeć strzały - wspominała. 

Najnowszy bilans zamachu w Tunezji to 37 ofiar śmiertelnych i 36 rannych. Zidentyfikowano już pierwsze ofiary - to obywatele Wielkiej Brytanii, Niemiec, Belgi, Irlandii i Tunezji. Do tej pory nikt nie wziął na siebie odpowiedzialności za zamach. CZYTAJ WIĘCEJ NA TEN TEMAT >>>