Co się stało z naszą szkołą?

- Sprawa nie cierpi zwłoki, każdego dnia tracimy pieniądze. To największy problem szwedzkiej gospodarki - były nauczyciel i od końca ubiegłego roku minister edukacji Szwecji, ledwie 32-letni Gustav Fridolin, przechodził tego lata istny chrzest bojowy. Powodem były wyniki testu PISA organizowanego przez OECD. Jeszcze półtorej dekady temu szwedzcy uczniowie osiągali w nim wyniki lokujące ten kraj gdzieś w końcówce pierwszej dziesiątki badanych państw. Dzisiaj spadli poniżej średniej.

Choć ostatnimi wynikami zachłysnęły się - nie tylko szwedzkie - media, to stopniowy zjazd najmłodszych Szwedów w tym rankingu obserwowano już od 2000 roku, a poniżej średniej tamtejsi uczniowie wylądowali już w poprzednim, przeprowadzonym w 2012 r. badaniu. Problem w tym, że począwszy od lat 80. i 90. tamtejszy system szkolnictwa przeszedł szereg reform i, jak przyznaje sam Fridolin, trudno określić, która z nich przyczyniła się do fatalnych wyników szwedzkich pociech.

Najchętniej wskazuje się rewolucyjny w swoim czasie system voucherów: rozdane rodzicom dzieci, pozwalały na wybór dowolnej, publicznej czy prywatnej, placówki. Edukacja w niej była bezpłatna - placówce płaciło państwo w oparciu o zebrane vouchery. I - jak odmalowują to krytycy reformy - „prywaciarze” zainwestowali i wygarnęli z edukacyjnego rynku najlepszych nauczycieli oraz uczniów. W efekcie poziom nauczania w innych, zwłaszcza publicznych, placówkach spadł na łeb na szyję. Ale jest też inne wytłumaczenie, które cieszy się wśród Szwedów sporą popularnością - to imigranckie dzieci zaniżają poziom, tak w szkołach, jak i w testach PISA.

Otwórzcie serca vs. zamknijcie drzwi

Jeszcze rok temu taki argument olbrzymiej większości Szwedów nie przeszedłby przez gardło. - Otwórzcie serca – zachęcał walczący o utrzymanie władzy, ówczesny konserwatywny premier Frederik Reinfeldt. Jego adwersarze i zwycięzcy wyborów - socjaldemokraci - nie musieli się afiszować ze swoim poparciem dla imigracji: to ugrupowanie zawsze było "za" i przez dekady budowało w Szwedach dumę i swoiste poczucie moralnej wyższości, związane z przyjmowaniem imigrantów.

W rezultacie liczba obcokrajowców w Szwecji dochodzi dzisiaj do poziomu półtora miliona, czyli nieco poniżej piątej części populacji tego skandynawskiego kraju. Jedna trzecia to obywatele państw UE (w tym spora przeszło 80-tysięczna społeczność Polaków), dwie trzecie pochodzi spoza Wspólnoty. W ubiegłym roku przyjęto tam 80 tysięcy nowych rezydentów (dwa razy więcej niż rok wcześniej), w tym roku liczba będzie podobna. Przez lata drzwi dla nich były otwarte na oścież.

Tymczasem gdyby nie imigrancka noga w progu, nawet socjaldemokraci chętnie by je dzisiaj zatrzasnęli. Nad szwedzką polityką unosi się cień antyimigranckiej partii Szwedzcy Demokraci - w sondażach popiera ją już co czwarty obywatel, a dotychczasowy mainstream gorączkowo zastanawia się, jak zepchnąć ją z powrotem na margines. A naturalna droga wiedzie poprzez podebranie im kilku koncepcji i przedstawienie ich w wersji soft. Stąd pomysł resortu finansów, by przyciąć zasiłki dla azylantów, zablokowany przez koalicyjnego partnera - Zielonych. Stąd również pomysł na stworzenie listy "bezpiecznych krajów", gdzie sytuacja wewnętrzna nie usprawiedliwiałaby występowania o azyl - również utrącony w wewnątrzkoalicyjnych sporach.

Mój sąsiad, imigrant

Paradoksalnie, na tle innych społeczeństwo o dużym odsetku imigrantów, Szwedzi mogą mówić o sporym powodzeniu integracji. Przez siedem lat (do 2013 r.) stanowisko ministra ds. integracji i równouprawnienia płaci zajmowała Nyamko Sabuni, urodzona w Burundi działaczka Partii Liberalnej, która w swoim resorcie realizowała twardszą politykę wobec nowo przybyłych niż rodowici Szwedzi - m.in. forsowała zakaz noszenia chust oraz obligatoryjne badania dziewcząt i kobiet, by zapobiegać ich obrzezaniu. Nalegała też na egzekwowanie programów nauki języka - kluczowego czynnika udanej integracji. Z kolei w telewizji brylowała popularna prezenterka, Katarina Sandström, z pochodzenia… Etiopka. Karierę sceniczną zrobiła Laleh Pourkarim - ambitna wokalistka z Iranu, literacką Jonas Hassen Khemiri - z tunezyjskimi korzeniami, Szwedzi rżeli też przy dowcipach komika Őzza Nüyena - rodem z Kurdystanu.

To ta sielankowa strona imigracji. Tę ciemną z kolei najlepiej było widać dwa lata temu. W maju 2013 roku na imigranckich przedmieściach Sztokholmu doszło do wielogodzinnych starć między tamtejszymi rezydentami a policją - poszło o brutalną interwencję policji, w trakcie której zginął jeden z mieszkańców dzielnicy (skądinąd, Portugalczyk). Starannie pielęgnowany mit o harmonijnym współżyciu Szwedów i ich gości - upadł.

Wszyscy są równi, ale...

Ale jest i druga, równie ciemna strona medalu. - Widzisz, to jest tak: najniżej są uchodźcy z Afryki. Potem czarni, którzy mają pracę, po nich biali uchodźcy, dalej szwedzcy alkoholicy i narkomani, a wyżej obcokrajowcy, którzy starają się zasymilować - opowiadał reporterowi Maciejowi Zarembie Bielawskiemu z dziennika "Dagens Nyheter" (skądinąd, imigrantowi z Polski) pewien uchodźca o imieniu Amir. Amir zatrudnił się w niewielkiej firmie metalurgicznej i wkrótce potem dowiedział się, że poza pracą w zakładzie ma też zająć się "karmieniem krów, odgarnianiem gnoju, sprzątaniem i remontami" w gospodarstwie właściciela firmy. Oczywiście bezpłatnie. Mężczyzna w końcu się przełamał. Odmówił weekendowej pracy w gospodarstwie Peterssona i wkrótce potem został zwolniony z fabryki. Amir postawił się jednak, zagroził sądem i z pomocą związków osiągnął unieważnienie wypowiedzenia. Nie ma pojęcia, kto od tamtego zdarzenia siedemnaście razy przecinał mu opony w samochodzie - pisze Bielawski. Inny z bohaterów tego tekstu - również pracownik wspomnianego Peterssona - skończył na bezrobociu, z problemami psychicznymi na karku.

Problem w tym, że masowa imigracja zradykalizowała jej przeciwników. Ostatnie lata to nie tylko wzrost nastrojów antyimigranckich i elektoratu Szwedzkich Demokratów, ale też napływ świeżej krwi do ruchów neonazistowskich, z którymi na pieńku miał choćby autor kultowej już trylogii "Millenium", Stieg Larsson, który na drzwiach swojego mieszkania w Sztokholmie wieszał dla bezpieczeństwa tabliczkę z nazwiskiem swojej partnerki.

- Karlsson prowadzi bujne życie towarzyskie, głównie ze skinami z Uppsali. Kiedy się razem zabawiają, bywa gorąco: czasem Somalijce i jej dzieciom wrzucą przez okno kamień albo zaśpiewają z balkonu pieśń na cześć białej rasy z rękami podniesionymi w hitlerowskim pozdrowieniu. O ile w ogóle pozdrawiają swoich sąsiadów, czynią to słowami: spadaj do domu, czarnuchu! - opisywał w innym swoim tekście koegzystencję miejscowych i przyjezdnych Bielawski.

Zresztą nawet dla tych Szwedów, których określilibyśmy mianem mainstreamu, są bariery, których się nie przekracza. - Z jednej strony hojne państwo opiekuńcze zaspokaja wszystkie potrzeby imigrantów: mieszkaniowe, socjalne i edukacyjne. Ale z drugiej strony trudno choćby w najmniejszym stopniu krytykować szwedzki model - komentował partyjny kolega minister Sabuni, Mauricio Rojas (ten z kolei z Chile). A dla przyjezdnych ten model może graniczyć z obłędem: równouprawnienie posunięte do skrajności (weźmy fryzjerów – na żądanie państwa obowiązują identyczne stawki dla męskiej i damskiej klienteli), wszechobecna polityczna poprawność paraliżująca dyskurs publiczny, reformy oparte na wydumanych ideałach (jak choćby wspomniane vouchery edukacyjne), oficjalna sztywność i chłód (np. w relacjach w miejscu pracy, czy np. między opiekunkami społecznymi i ich podopiecznymi). Cudzoziemcy muszą włożyć wiele wysiłku w to, żeby się z tymi zasadami oswoić.

Szwecja - kraj paradoksów

Cóż, w tym modelu nie trudno o absurdy, ale może niektóre przynoszą jakieś skutki? - Prosimy o zgłoszenie się na stronie www.polisen.se - pisała osiem lat temu szwedzka policja w listach rozesłanych do mieszkańców suburbiów w wieku 19-25 lat. - Nic pan jeszcze nie zrobił, ale chcemy, aby był pan kandydatem do szkoły policyjnej. Pana doświadczenie jako mieszkańca przedmieść ma dla nas bezcenną wartość - dodawała. Paradoksalnie to może być wytłumaczeniem, dlaczego zamieszki na większą skalę przydarzyły się Szwedom tylko raz.

Wszwedzkich etnicznych gettach panuje bowiem względny spokój. A takich miejsc tu nie brakuje: Szwedzi wyjątkowo nie cierpią życia w blokach i po budowlanej gorączce lat 60. i 70. kraj jest usiany pustymi blokowiskami. Jedno z nich – Rosengard w Malmö – mogłoby z powodzeniem uchodzić za żywcem przeniesione z Maghrebu lub Bliskiego Wschodu: żyją tu przeważnie Kurdowie, Irakijczycy, Turcy, Marokańczycy i Somalijczycy. Kobiety są szczelnie zasłonięte chustami, w przyosiedlowym centrum handlowym rozsiadają się niemal wyłącznie mężczyźni sączący kawę. A jednak Zlatan Ibrahimović, który spędził tu dzieciństwo, wspomina to miejsce z sentymentem. Ot, taki szwedzki paradoks.

Czy przyjąłbyś pod swój dach uchodźców z Syrii lub krajów Afryki Północnej?