Bo opolski szpital jest jednym z niewielu w Polsce, gdzie po operacji każdemu pacjentowi mierzy się co cztery godziny ból. Potem lekarz albo pielęgniarka zapisuje wynik na karcie pacjenta tak jak temperaturę, ciśnienie i tętno. Chorzy, którzy po raz pierwszy widzą papierową miarkę ze skalą od zera do 10, zazwyczaj reagują zdziwieniem. "Gdy proszę ich, by sami ocenili poziom bólu, dowcipkują, że chodzę z linijką i powinnam zostać nauczycielką" - opowiada pielęgniarka Katarzyna z oddziału ortopedii.

Więcej wyjaśnień domagają się zazwyczaj osoby starsze i dzieci. "Mówię im, że piątka to ból uciążliwy, ale jeszcze do wytrzymania, a dziesiątka to taki, od którego się wręcz mdleje. Na początku tłumaczę też, że od tego, jak precyzyjnie określą swoje samopoczucie, zależy dawka i rodzaj leku, który dostaną" - mówi siostra.

Gdy mija pierwszy szok, pacjenci szybko zaczynają doceniać pomiary. "Bo to naprawdę działa. W zależności od tego, na jaki stopień ocenię swój ból, taki lek dostanę. Ani zbyt słaby, ani za mocny. W końcu kto lepiej ode mnie wie, jak mnie boli?" - mówi Krzysztof Grozdowski, który właśnie przeszedł operację przepukliny. Z karty zawieszonej przy jego łóżku wynika, że tylko raz ocenił swój ból na 4. W pozostałych przypadkach nie przekroczył on jedynki. "Bo jak tu mieć więcej, jak przychodzą takie ładne pielęgniarki? Od razu nic nie boli" - śmieje się jego sąsiad 39-letni Bernard Lisowski, któremu wycięto kilka dni temu pęcherzyk żółciowy.

Pielęgniarki z opolskiego szpitala potwierdzają, że rzeczywiście mężczyźni nawet po ciężkich operacjach często zaniżają ocenę natężenia bólu. Prawdopodobnie po to, by w oczach żeńskiego personelu wydać się bardziej twardymi. I to właściwie jedyne przypadki, gdy pomiary bólu nie są miarodajne.

Tylko tutaj

Sława szpitala przy Katowickiej przekroczyła już granice województwa. Chorzy przyjeżdżają na operacje z Jeleniej Góry, Wrocławia, Katowic, Kielc, a nawet z zagranicy. "Często są gotowi poczekać dłużej na zabieg, aż zwolni się u nas termin" - mówi naczelna pielęgniarka Stanisława Domaradzka-Kochanek. Cały personel do dziś wspomina pacjenta, który mniej więcej przed rokiem dostał ataku silnego bólu. Wezwał do domu karetkę, a lekarz postawił wstępną diagnozę: ostry wyrostek i natychmiastowa operacja. Gdy okazało się, że dyżur pełni inny opolski szpital, mężczyzna odmówił wejścia do karetki. Podpisał oświadczenie, że nie zgadza się na przewiezienie. A następnego dnia o siódmej rano sam zgłosił się na Katowicką. "Tamta sytuacja pokazuje, jak ważne jest dla pacjentów to, że ktoś nie da im niepotrzebnie cierpieć. I będzie interesował się ich samopoczuciem, a nie tylko tym, czy operacja się udała" - tłumaczy Iwona Choryło, pielęgniarka koordynująca serwis bólowy.

Podobną historię opowiada 81-letni pan Gerard z Opola, który kilka lat wcześniej miał w innym szpitalu wszczepianą endoprotezę stawu biodrowego. "Pamiętam tamten pobyt jako koszmar. Przejmujący ból i ogromna bezsilność, bo człowiek nawet ruszyć się nie mógł przez kilka tygodni. A personel mówił mi, że to musi boleć i basta" - wspomina. Gdy okazało się, że konieczna jest kolejna operacja, zdecydował, że woli wręcz umrzeć, niż przechodzić to wszystko ponownie. "Myślałem sobie, po co mi jeszcze dodatkowe cierpienie na starość? Ale mój stan cały czas się pogarszał. Chodziłem bokiem, drobnymi kroczkami po kilka centymetrów. Słaniałem się z bólu. Rodzina nie mogła na to patrzeć i zmusiła mnie do operacji. Gdy trafiłem do tego szpitala, przeżyłem szok - cały czas ktoś się o mnie troszczy, co chwila zagląda pielęgniarka. I prawie nic mnie nie boli" - mówi starszy pan.

Nie warto być twardą

Humorem tryska 49-letnia Bogusława Jamielnicka, która miała niedawno operację tarczycy. Sama uśmierza sobie ból dzięki specjalnej pompie infuzyjnej, do której jest podłączona. "Wystarczy nacisnąć guziczek i po pięciu minutach ulga" - cieszy się. Na początku podchodziła do zielonej skrzynki trochę nieufnie, próbowała nawet przeczekiwać ból, bo jako wieloletnia siatkarka uważała się za twardzielkę. W końcu uznała jednak, że nie warto cierpieć. "Bo niby po co?" - przytakuje jej sąsiadka, której wycięto właśnie pęcherzyk żółciowy. "Widziałam, jak umierał mój mąż, opiekowałam się obłożnie chorą matką i wiem jedno: cierpienie wcale nie uszlachetnia, nie ma w nim nic wzniosłego. Sama obiecałam sobie, że nie będę tak się męczyć. Dlatego właśnie jestem w tym szpitalu, wybrałam go świadomie" - mówi pani Janina. Ona sama nie dostała pompy i zazdrością patrzy na sąsiadkę.

Bo takie pompy infuzyjne to jednak w polskich szpitalach nadal rarytas. Kosztują 8 tys. zł i w szpitalu na Katowickiej jest ich jedynie kilka. "Mieliśmy nawet taką zabawną sytuację, że rodzina wypisywanej chorej próbowała wynieść do domu pompę, tłumacząc, że babcia się tak dobrze przy niej czuje" - śmieje się anestezjolog Damian Kościuszko.

Trudne początki

Początki wprowadzania w Opolu serwisu bólowego nie były łatwe. Problemem były jednak nie tyle same procedury, ile... ludzie. Okazało się bowiem, że personel do nowych pomysłów podchodzi bardzo ostrożnie, a czasem wręcz niechętnie. "Trudno się temu dziwić, ludzie generalnie nie lubią zmian. Boją się nowych obowiązków. Sam na początku myślałem: po co nam te dodatkowe wypełnianie papierów i szkolenia? Pracuję miesięcznie czasem ponad 250 godzin, nie mam już prawie czasu na życie prywatne. A tu nagle trzeba brać udział w warsztatach, a do domu zabierać materiały do nauki" - wspomina Damian Kościuszko.

Dużo wątpliwości miały także pielęgniarki, których obowiązkiem było wypełnianie karty gorączkowej. "Bo nas jest zawsze za mało, mamy masę roboty i często nie wiemy, w co ręce włożyć" - wyjaśnia siostra z chirurgii. Ten początkowy opór szybko jednak minął. "Przekonywaliśmy koleżanki, że przecież robiąc obchód i tak pytają, czy coś boli pacjentów. Przekonał je argument, że każdy, kto zdecydował się pracować w służbie zdrowie, musi mieć świadomość, że uczyć będzie się przez całe życie" - mówi pielęgniarka oddziałowa Irena Krupińska.