Lekarz: Nie mamy wyjścia, brakuje łóżek
Ten problem trzeba nagłaśniać i mówić: nie możemy dobrze leczyć dzieci i ustrzec ich od zakażeń szpitalnych, jeśli pracujemy w takich warunkach - mówi prof. Marek Kulus, w którego szpitalu leży mały Wiktor.
- NFZ oszczędza... na dzieciach
- Ewakuowali chorych, bo szpital jest wilgotny
- Jest ratunek dla nienarodzonych dzieci
- W Holandii pacjent ma wpływ na leczenie
- Reforma zdrowia? Jaka reforma?
- Matka chce pozwać Ministerstwo Zdrowia
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
MAGDALENA JANCZEWSKA: Czy w Polsce istnieją szpitalne procedury, które nakazywałyby oddzielanie dzieci zarażających od tych, które już wracają do zdrowia?
MAREK KULUS*: Tak, ale dotyczą tylko chorób zakaźnych, takich jak np. ospa, różyczka czy rotawirusy. Nie uwzględniają natomiast zapalenia płuc. Oczywiście, staramy się separować dzieci gorączkujące od innych, ale nie zawsze możemy. Wiem, że to rodzi konflikty na oddziałach. Rodzice chorych dzieci patrzą na nas podejrzliwie i zastanawiają się: kogo wy mi tu kładziecie? A my po prostu nie mamy innego wyjścia.
Dlaczego?
To proste: brakuje łóżek. Na dwóch oddziałach, które prowadzę, mam tylko sześć sal jednoosobowych. Pozostałe mają przynajmniej cztery łóżka. W skrajnych przypadkach epidemii musimy więc kłaść dzieci nawet w świetlicy. Nie możemy odesłać kogoś z kwitkiem, tylko dlatego, że mógłby zarazić inne dziecko. Mój szpital (Litewska i Działdowska razem) przyjmuje 60 proc. wszystkich dzieci z Warszawy. Nasze średnie obłożenie to półtora dziecka na miejsce.
Kto ponosi odpowiedzialność za taką sytuację?
Trudno wskazać jednego winnego. Po prostu brakuje kogoś, kto by to wszystko nadzorował. W przypadku mojego szpitala organem nadzorującym jest resort zdrowia, ale w innych placówkach urząd marszałkowski, prezydent albo wojewoda. Każdy dba tylko o siebie. Wprawdzie Ministerstwo Zdrowia podejmowało już parokrotnie nieśmiałe próby oszacowania potrzeb, ale mu nie wyszło.
Matka wcześniaka, który kilka razy łapał choroby od innych dzieci, chce podać do sądu resort zdrowia. Czy to ma sens?
Ta pani jest matką i boi się o swoje dziecko. Wie, że każda kolejna infekcja może mieć fatalne skutki. Niestety, domyślam się, jak się ta sprawa skończy - zrobi się szum medialny i wszyscy będą przerzucać na siebie odpowiedzialność, a w końcu uznają, że winny jest szpital, a docelowo ja. Mimo wszystko wierzę, że warto ten problem nagłaśniać i mówić: nie możemy dobrze leczyć dzieci i ustrzec ich od zakażeń szpitalnych, jeśli pracujemy w takich warunkach.
*prof. Marek Kulus jest prorektorem i kierownikiem Kliniki Pneumonologii i Alergologii Wieku Dziecięcego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!